Liebster Award, czyli nagroda za blogowanie

Już od jakiegoś czasu była cisza, więc wykorzystuję okazję, żeby się pochwalić i przy okazji przełamać passę blogowej prokrastynacji.

liebster2015

Wśród blogowej społeczności istnieje bardzo miła tradycja – blogerzy nominują się i przyznają sobie nagrodę Liebster Award. Jest to wyróżnienie kierowane do początkujących lub mniej rozreklamowanych blogów, czyli zdecydowanie do takich osób jak ja, które coś sobie piszą, nie umieją/inwestują/chcą/szukają promocji na innych portalach; po prostu są i myślą, że jakoś samo powinno pójść. Dlatego też bardzo się cieszę, że ktoś lubi czytać mojego bloga i chętnie przekażę pałeczkę dalej!

Dziękuję Joasi z Limonka do rosołu i bardzo polecam czytać! Gdyby mnie nie nominowała, to na pewno ja bym ją nominowała:).

Oto pytania, które zostały mi zadane:

  1. Co jest na twoim stoliku nocnym?

    Kilka rozpoczętych książek, 2 kubki niedopitej herbaty, jeden z wczoraj, drugi z przedwczoraj…i oczywiście telefon.

  2. Zakładając, że dożyjesz, jak chciałabyś widzieć siebie w wieku 85 lat?

    Chciałabym dożyć jeszcze więcej, najlepiej świadomie, jestem ogromnie ciekawa jak to wszystko będzie kiedyś wyglądało…

  3. Jaką kawę pijesz?

    Z włoskiej kafeterki, mocną, z łyżką cukru i odrobiną mleka

  4. Jedna rzecz, którą zawsze odkładasz na potem.

    Poza doczytaniem książek ze stolika nocnego, posprzątaniem kubków, obowiązkami…to Wszystko.

  5. Zawsze się uśmiecham, kiedy…
    Mam rację.
  6. Chciałabym, żeby dziesięć lat temu ktoś powiedział mi, że…

    Żebym zapisała jak widzę siebie za 10 lat, chyba jakimś dziwnym trafem spełniłam tę wizję.

  7. Prezent, który naprawdę chciałabyś otrzymać.

    Z prezentów najbardziej lubię historie, które towarzyszą wyszukiwaniu, kombinowaniu, tworzeniu samego prezentu.

  8. Gdybyś miała urodzić się jako zwierzę, byłabyś…
    Jednorożcem albo flamingiem.
  9. Co zrobiłabyś, gdybyś miała czapkę-niewidkę?

    To samo co teraz bez zażenowania, chciałabym obserwować ludzi, ale patrząc głęboko w oczy, podsłuchiwać prywatne rozmowy i robić zdjęcia z zaskoczenia.

  10. Jedno miejsce na świecie, które bardzo chciałabyś odwiedzić.
    Jezu, to się codziennie zmienia, ale załóżmy, że dzisiaj chciałabym zobaczyć Zorzę Polarną.
  11. Lody czekoladowe, waniliowe, czy owocowe?

    Waniliowe z kawałkami czekolady!

 

Ja teraz wyróżniam!

Joanna z  Wiatr w głowie

Carolyn z  Kwiaty pelargonii

Maja z  Lifeabroad

Joasia z  Tak jak elle

I moje pytania…a raczej ‚dokończ zdanie’:

  1. Pierwsze pieniądze zarobiłam…
  2. Miłość kojarzy mi się…
  3. Nigdy nie kupiłabym…
  4. Ostatnio po raz pierwszy robiłam…
  5. Najczęściej gotuję…
  6. Jako dziecko wierzyłam, że…
  7. Rodzice zawsze mówili mi…
  8. Dnia nie wyobrażam sobie bez…
  9. Moje najnowsze odkrycie…
  10. Denerwuje mnie…
  11. Najczęściej myślę o…
  12. Moim życiowym mottem jest…
  13. Jak wygram ‚szóstkę’ w LOTTO, to…

 

13 na szczęście ;).

Reklamy

Kiedyś były dowcipy, dziś są memy

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że już dawno nikt nie opowiedział mi żadnego dowcipu. Choć sama jestem bardzo słaba w opowiadaniu dowcipów, to jednak były czasy, kiedy kilka się znało i przy okazji w towarzystwie rzucało. Jestem już w wieku gdy mogę spokojnie powiedzieć „kiedyś to…” (nawet jeśli chodzi mi o 10 lat wstecz) i zdać sobie sprawę jak bardzo rzeczywistość się zmienia.

Kiedyś znaliśmy i opowiadaliśmy dowcipy, dziś szerujemy memy. Memy pełnią tę samą funkcję, z tym, że są dużo bogatsze, bo posługują się obrazem, tekstem, a czasem nawet dźwiękiem (czy memy przyszłości będą miały smak i zapach?). Taki mem daje dużo większe pole do popisu. Do tego, każdy może go stworzyć i się nim podzielić ze światem w kilka chwil. Kocham memy i kreatywność ludzi i uważam, że nic, tak subtelnie jak one, nie stanowi o sensie naszego istnienia. Śmiech, groteska, karykatura, ironia, to dla mnie większa broń czołg pancerny. Humor sięga dużo dalej i dotyka głębiej niż kule (Charlie Hebdo), przez co należy się z nim obchodzić bardzo ostrożnie. Z drugiej strony, może być jak najtrwalsza zbroja. Ktoś kto ma dystans do siebie, swoich wad, kto jest w stanie każde wierzenie, teorię, pragnienie zamienić w żart czy poddać w wątpliwość, tego nic i nikt nie zniszczy.

Kiedy przeczytałam, że podczas obławy w Brukseli, Belgowie postanowili udostępnić zdjęcia kotów, zamiast dzielić się informacjami z akcji policji, moje serce zabiło mocniej. Poczułam, że to całe życie jednak ma sens. Że „wartości Europejskie” o których tyle się teraz mówi właśnie na tym polegają. Że doszliśmy do tego momentu w historii, że człowiek od nowa zaczyna kochać to życie, celebrować moment i śmiać się ze wszystkiego. Ta wolność ducha i spokój, humor i dystans, nawet w kryzysowym momencie, jest dla mnie potwierdzeniem wszystkiego w co gdzieś w głębi wierzę. Wiara, że można inaczej, że trzeba inaczej i że tak wielu też tak czuje.

Na zajęciach z socjologii mieliśmy za zadanie wybrać jakieś zjawisko kulturowe, albo cokolwiek związanego z kulturą co uwielbiamy – zespół muzyczny, hobby, sposób spędzania czasu, itd. Coś w co się angażujemy i kochamy i…skrytykować to konstruktywnie na różnych płaszczyznach, głównie pod względem konsumpcjonizmu. Ja wówczas wymyśliłam jedzenie, a raczej gotowanie. Cóż złego w gotowaniu? Przecież, żeby żyć, musimy jeść. Nie da się temu zaprzeczyć. Ale czy dziś jemy po to żeby żyć?

Co jemy? Jak jemy? Ile na to wydajemy? Ile sprzętów musimy kupić, żeby pewne dania przygotować? Do czego wiedzie nas ciągłe poszukiwanie nowych smaków? Mody jedzeniowe, mody na dania, kuchnie, produkty, wykluczenie społeczne i aprobata, sposób podania, sztućce czy pałeczki? Jaki kieliszek? Jaki rocznik? Jaka marka? W jakim towarzystwie? Czy rzeczywiście chodzi tylko o jedzenie dla przeżycia?

Okryłam cały nowy świat. Powtarzam sobie ten eksperyment za każdym razem, kiedy znajdę kolejną rzecz, zjawisko, które mnie zafascynuje, dla którego tracę głowę. To rodzaj gry, która ma na celu pozbawienie złudzeń. Może brzmieć masochistycznie, ale jest też fun. Szukanie dziury w całym, rozdrapanie rany, włos w jedzeniu, rozmazana szminka, rysa na lakierze, źle zagrana nuta; szczegół burzący całość. Dla mnie ten właśnie szmer stanowi o pięknie i sensie. Życie w przekonaniu, że jest na świecie Ktoś czy Coś niezaprzeczalnego, idealnego, że istnieje Prawda ponad wszystko jest tak zgubne, że aż niebezpieczne. Ciągle się łapię na tym, że wpadam w zasadzkę, coś mnie pochłania i będę tego bronić do utraty tchu. Niech to będzie postawa wobec jakiegoś tematu (ostatnio, aż nadto przykładów), idea, pomysł na życie, uzasadnienie wydanych pieniędzy, usprawiedliwienie za nie/zrobienie czegoś. Pięknie jest dawać z siebie wszystko, a potem zdać sobie sprawę z błahości tematu. „Co ja myślałam?” „Po co to mówiłam?”. I wówczas następuje oczyszczenie, spokój, szczęście.

Belgowie bardzo szybko przeszli z fazy strachu i emocji, do spokoju i za to ich bardzo cenię. Czuję, że tu jest jakaś mądrość ludzkości, która potrzebowała kilku tysięcy lat, aby dojść do tego stadium. Dystans wobec siebie, wobec życia, wobec wszystkiego złego i dobrego co się dzieje, a na co nie mamy wpływu. Humor przyjmuje nowe formy ekspresji i staje się ponadnarodowy, ponadterytorialny. Nieidelny świat z nieidealnymi ludźmi, którzy robią nieidealne rzeczy jest jedynym jaki mamy. W taki będę wierzyć i w taki będę wątpić.

brussels-cat

brussels-lockdown-11

YgLIkAu

police

Odpowiedź Policji Federalnej „Dziękujemy”

 

Dziś są moje urodziny

Będąc z dala od wszystkiego co bliskie i wszystkich, którzy normalnie pojawiliby się na urodzinowej kolacji, albo zapukali do drzwi z urodzinową niespodzianką; przychodzi czas na refleksję.

Bóg Facebook. Można mówić, co się chce – że to nie to samo, że Facebook podpowiada, bo nikt nigdy nie pamięta, że wirtualne relacje zabijają te w realu, że to sztuczne. Jednak, gdy jesteś na drugim końcu świata, te kilka słów, a jeśli więcej niż kilka to jeszcze milej, sprawia, że jest ci jakoś tak lepiej. Skumulowana fala życzeń, lajków i pozdrowień daje dużego kopa. Wiem, to tylko lajki, tylko „sto lat”, czasem impuls, przez który ktoś złoży życzenia, żeby tylko je złożyć. Ale czasem też, gdy pojawi się jakieś wspomnienie od dawno nie widzianej osoby, gdy jest jakaś osobista refleksja, czy życzenia napisane specjalnie dla ciebie od osoby zupełnie „z boku”, z którą nie rozmawiasz; czujesz, że nawet bez stałego kontaktu istniejesz w innych świadomościach. To jest bardzo miłe – czuć, że gdzieś jeszcze się istnieje. Gdzieś indziej niż tu i teraz, bez potrzeby przypominania o sobie i bycia zawsze pod telefonem. Ktoś gdzieś o tobie pomyśli, nawet jeśli okaże ci to tylko tego jednego dnia. Czasem takie niespodziewane życzenia dają do myślenia. Jak zdjęcie, które zrobi ci nieznajomy. Jak na nim wychodzisz? Z jakiego kąta jest zrobione? Jaki filtr ma nałożony?

Czuję, że żyję w tak wielu miejscach, błąkam się gdzieś, w czyichś wspomnieniach, myślach…A inni są i żyją w moich. Gdy o tym myślę, jest trochę cieplej, trochę lżej, już nie tak samotnie.
Dziękuję.

Alternator trip

Kontynuując historię naszego poczciwego Clio, dochodzimy do momentu, kiedy nagle coś zaczęło szumieć, stukotać, aż pewnego dnia przestało działać. Po przebyciu takiej podróży jako samochód towarowy oraz kolejnych 3 miesiącach jeżdżenia po płonących teksańskich szosach, Clio odmówiło posłuszeństwa. No cóż, bywa. Dociągnęło do pierwszego lepszego warsztatu, gdzie okazało się, że jakieś rury, coś i…alternator.

Nie byłoby żadnego problemu gdybyśmy byli w Meksyku, kupujemy nowy lub używany, kilka godzin i jak nowe! Jednak niestety, nikt nam nie powiedział, że w Stanach Zjednoczonych Ameryki, w tym cudownym kraju gdzie można wszystko, nie można dostać alternatora do Ranault Clio, bo Renault w ogóle nie istnieje…Nie ma, nie znają, a jak nie ma, to nie ma też części. Clio utknęło w warsztacie, a ja w domu.

Już pisałam, ale napiszę raz jeszcze, San Antonio bez samochodu jest zmorą. To nie jest miasto, choć ma prawie 1,5 mln mieszkańców. To magni-prowincja, z małym i ładnym down town, osiedlami identycznych domków z kartonu (o tym niebawem) połączonymi ze sobą autostradami. Do centrum dojeżdżam samochodem w 15 min, choć to 25 km od domu, i jak na odległości jakie się tu pokonuje, to i tak całkiem blisko. Jednym słowem, bez samochodu nie ma bata!

Ponieważ miałam egzaminy i parę spraw do załatwienia, musiałam przesiąść się na transport publiczny. Jest to ciekawe zjawisko, o którym też kiedy indziej opowiem – autobusy z wifi, licznymi miejscami dla wózków i niepełnosprawnych; nowoczesne i szybkie. Gdyby nie to, że jeżdżą raz na pół godziny, a pasażerowie to najniższa i niezbyt myjąca się klasa społeczna, to byłoby jak w raju.

Nie ma co, trzeba jak najszybciej załatwić alternator. Przesłanie go pocztą z Meksyku było pierwszym pomysłem. Ale niestety, firmy handlujące tańszymi używanymi częściami nie wysyłają nic za granicę (jak się później okazało, autoryzowane Renault też nie). Potem inna opcja – Nuevo Laredo. Bratnie miasto przygraniczne amerykańskiego Laredo, najbliższa granica z San Antonio, ok 2,5h drogi. Obdzwoniłam wszystkie warsztaty, nikt nie ma takiego alternatora, ani nikomu się specjalnie nie chce go sprowadzać.

Jeszcze tylko wspomnę. To nie jest tak, że po prostu „poproszę alternator do Renault Clio” (czemu tak nie jest?!?!). Musi się zgadzać rocznik samochodu, marka alternatora (Bosch albo coś tam) oraz numer alternatora. Jakby nie można było produkować jednego?!

Musimy iść o krok dalej – Monterrey. Jest! Warsztat ma alternator, identyczny, używany, sprawny, dobra cena, mogę przyjechać i zamienić mój na „nowy”. Żeby nie było, trasa to prawie 500 km, ok 7 h jazdy, plus granica. Jeśli wyjadę w nocy, dojadę rano, zamienimy, wracam tego samego dnia, damy radę.

Jadę autobusem z jednym, niedużym plecakiem, w którym mam kurtkę, kanapeczki na drogę, 10-kilogramowy alternator i 2 rury do chłodnicy (też się zepsuły i nie można dostać w USA).

W głowie obmyślam jak się wytłumaczyć celnikom na granicy. Już raz przejeżdżałam przez tę granicę autokarem, z Meksyku do SA, kiedy były wakacje i nie było biletów samolotowych. 9h stania na granicy, najpierw w autokarze, potem kolejki po kartę wjazdu do Stanów, upał, tysiące ludzi, koszmar. Powiedziałam sobie „nigdy więcej”. Ale jak wiadomo, nigdy nie wiadomo.

O 2 am dojechaliśmy do granicy, tym razem „tylko” 5h czekania. Tak jak przejeżdżając samochodem za pierwszym razem, obładowani po dach i 2 m nad dachem, przejechaliśmy w 5 min, bez sprawdzania, bez żadnych pytań; tak gdy przejeżdżasz autokarem, musisz wyjść, czekać w kolejkach, wziąć wszystkie manatki i przepuścić je przez skaner.

Stałam o 5 am z moim 10-cio kilogramowym plecakiem, alternatorem, który szczerze mówiąc, jak ktoś się nie zna, to wygląda jak bomba; myśląc – „przejdę czy nie przejdę?”.

W głowie miałam całą, piękną historię, „że Clio”, „że nie ma Renaul”, „że to jedyna możliwość”, itp. Ku mojemu zaskoczeniu, plecak przejechał bez mrugnięcia okiem.

Ale jak to?! Nic? Ani słowa, ani dziwnego spojrzenia, ani jednego pytania? Celnicy mieli mnie w głębokim poważaniu; mnie i mój alternator. Skupili się za to na jednej babuszce, u której znaleźli w walizkach kilogramy ciuchów, zdecydowanie nie w jej rozmiarach ani guście. Babuszkę zatrzymano za niezgłoszenie przewożonych ubrań, jednym słowem – przemyt, nie wiadomo co się z nią dalej działo.

Wsiadając do autokaru, który przejeżdża przez granicę amerykańsko-meksykańską, wyobrażamy sobie (a przynajmniej ja sobie wyobrażałam) bandę cholos, rzezimieszków, ciemnych typów jadących za chlebem. Otóż nic bardziej mylnego. Zarówno w jedną, jak i drugą stronę jadą praktycznie samy kobiety. Głównie babcie, odwiedzające i wracające z odwiedzin u swoich dzieci i wnuków. Matki z maluchami na rękach, kobiety z ogromnymi walizkami, przywożące i zawożące tony dobroci w obie strony. I ja, Polka szmuglująca alternatory.

Dotarłam do Monterrey, znalazłam warsztat, wymieniłam alternatory i rury. Wracam.

W drugą stronę może być weselej. Po pierwsze kolejki, po drugie, to jednak TA granica jest lepiej strzeżona, a ja mam w plecaku alternator wyglądający jak bomba.

Poszło szybko, 10 minut (wow!) i już przy skanerze. Mój plecak przejeżdża, historia w głowie idealnie ułożona, z niecierpliwością czekam na reakcję celnika. Celnik mruży oczy i zabiera plecak. „AHA! Wiedziałam!”.

„Czy to Pani plecak?” – zadaje pytanie z kamienną twarzą.

„Tak, zaraz wszystko wytłumaczę!” – zaczynam się lekko denerwować.

„Czy ma Pani ze sobą jakieś owoce?” – pyta.

Owoce?!

„Tak, mam jabłko, zapomniałam” – odpowiadam.

„Proszę je wyjąć, przewożenie ze sobą owoców jest nielegalne

Wyjęłam, zabrali.

„To wszystko”.

:O

Byłam bardzo zawiedziona…

PS. Dodam tylko, że jabłko jechało ze mną ze Stanów, po prostu nie zdążyłam go zjeść, miało nawet amerykańską naklejkę.

PPS. Okazało się, że alternator nie działał. Musiałam jechać drugi raz po kolejny. Tym razem nowy.

Clio – mniej znaczy więcej

Kiedy w marcu tego roku okazało się, że nasze życie będzie się dalej toczyć na teksańskiej ziemi, spojrzeliśmy na mapę i zadziwiliśmy się „jak to blisko!”. Niespełna 1400 km z DF do San Antonio, szerokimi, prostymi autostradami. To przecież bliżej niż do Cancun.

Od razu przyszło nam do głowy, że lepiej niż sprzedawać samochód i upychać życie w 4 walizki, będziemy mogli ruszyć w road trip do Ameryki naszym kochanym Clio. Co jak co, ale samochód w Stanach potrzebny bardziej niż ręka czy noga. Na miejscu, poza pracą Diega nie mieliśmy właściwie nic zagwarantowanego, wszystko trzeba będzie zacząć i ogarnąć od nowa (czyt. samochodem).

Zamiast w 4 walizki, zapakowaliśmy się w 6 pudeł, 3 walizki i 2 plecaki. Na dach Clio poszedł dodatkowy bagażnik, a na tył kolejny na rower. Clio okazało się nie być dostosowane do rowerowych zaczepów i plastik z bagażnika odgiął nam się nieodwracalnie. Obciążenie było spore, w lusterku widać było lekki prześwit przez tylną szybę. Z duszą na ramieniu i żołądkiem zaciśniętym jak pięść …ruszyliśmy. Najpierw spokojnie, 90…potem przy 110 okazało się, że też dajemy radę…w końcu 130!

bye bye Mexico!

Nerwów tyle, że na samą myśl wolę nie myśleć. Moim zadaniem było patrzenie w lusterko i sprawdzanie „czy mamy wciąż rower”. Kierownica się przekręcała co rusz, więc było parę przystanków „sprawdzających”. Koniec końców wszystko na miejscu. Noc w Monterrey. Następnego dnia z samego rana przejazd przez granicę.

O granicy jeszcze napiszę. Wszyscy nastraszyli nas gigantycznymi kolejkami, sprawdzaniem bagażu, pytaniami itd. Dojechaliśmy nastawieni na najgorsze, a tu zaskoczenie, 5 min i jesteśmy w Teksasie! Szybciej i łatwiej chyba być nie mogło. Po kolejnych 2,5 h dojechaliśmy do San Antonio.

11377165_10153376877949784_289661652718402363_n

Clio spisało się na medal! Jeden z rezydentów ze szpitala zaoferował nam pomoc i nocleg. W tydzień zorganizowaliśmy wszystko, mieszkanie, telefony, rejestracje, internet, rachunki. Okazało się, że nie da się wynająć umeblowanego mieszkania, więc wszystko trzeba kupić i przewieźć. Tak oto Clio stało się już na dobre samochodem transportowym.

Już przy przekraczaniu granicy zdaliśmy sobie sprawę, że będziemy najmniejszym pojazdem jaki widział Teksas. Ludzie dziwnie nam się przyglądają z wysokości swoich pick-up’ów. Na parkingach spędzamy zawsze więcej czasu, bo nie możemy znaleźć naszego Clio wśród przerośniętych teksańskich truck’ów. Kiedy stoimy za takim jednym, przychodzi myśl, że spokojnie zmieścilibyśmy się w jego bagażniku. Wyobraźnia robi „hop! I jesteśmy na górze”. Oboje odkryliśmy, że robimy to bezwiednie. Potem głupio nam, że się śmiejemy z naszego Clio. Przepraszamy i dziękujemy, że tak dobrze daje radę.

Znajdź Clio

Znajdź Clio

Widok z okna
IMG_0541

Meble kupowaliśmy na craiglist (coś w stylu allegro, strona z najróżniejszymi używanymi rzeczami i prawdziwymi perełkami) bo tanio, bo nie wiemy na jak długo zostaniemy, bo można znaleźć cuda za bezcen!

Ku ogromnemu zaskoczeniu, zmieściło się wszystko! I stół i krzesła i 2 regały i biurko i papasan i szafki i łóżko.

IMG_0533

IMG_0539

Clio przerosło wszelkie oczekiwania. Czuliśmy się jak w reklamie. Właściwie to tworzyliśmy najlepszą reklamę. Gdyby ktoś stał obok z kamerą, wyglądałoby to tak:

(W tle coś nastrojowego i hipsterskiego, niech to będzie Alabama Shakes „I found you”. Oh, te słowa! Piosenka stworzona do mojej reklamy!)

Młode małżeństwo, pakuje życie w pudła, pudła w Clio i rusza przed siebie.
Cięcie.
Na miejscu, jedyne co naprawdę nasze, to Clio.
Cięcie.

Hisilicon K3

Puste mieszkanie, pierwszy posiłek – fast food na podłodze, potem stół z pudła, 2 talerze, 2 filiżanki.
Cięcie.

IMG_0554

IMG_0547

Whataburgeeer

IMG_0551

Miarka trzecią ręką, odmierzamy każdy mebel przed zakupem, mierzymy bagażnik.
Cięcie.
Wszystko się mieści, czasem wystaje, czasem zasłania, ale nie wiedzieć jak, wchodzi.
Cięcie.

IMG_0535

łóżko

IMG_0536

Mieszkanie powoli się zapełnia.

Cięcie.

IMG_0548  IMG_0549

IMG_0550   IMG_0120

IMG_0057   IMG_0121

Śmiech, szczęście, miłość, bo przecież tak musi być w reklamie.
Cięcie.

Clio – mniej znaczy więcej.

Kim jesteś? Czego byś chciał?

To był rok 80’ w komunistycznej Polsce. Jak bardzo jesteśmy inni? Szkoda, że nie mogliśmy nakręcić takiego dokumentu w poprzednich dekadach, stuleciach. Jak bardzo byśmy się różnili? Historia i filozofia to najpiękniejsze z nauk. Dzięki nich wiemy jak wyglądało życie przed nami i czym trapili się ludzie. Czasem mam wrażenie, że żyjemy w czasach, gdzie każdy wszystko już wie, bo „sprawdził w Wikipedii”. W 3 minuty jestem w stanie znaleźć odpowiedź na każde pytanie, powiedzieć „w którym roku”, „jaki procent”, „ile milionów”. Statystyczne, ilościowe dane dominują, są niepodważalne, trudno z nimi dyskutować. A gdy problem staje się jakościowy? Gdy odpowiedź jest wieloraka, wielopłaszczyznowa, co wówczas? Nie odpowie nam Wikipedia, ani Google, nie dowiemy się w kilka minut. Rodzą się problemy, potrzeba głębszej analizy, wiedzy, sprawdzenia wielu źródeł, kto ma na to czas? Każdy autorytet można podważyć byle jaką statystyką. A jeśli problem nie jest do zmierzenia, nie zawiera się w danych? Gubimy się. Szukamy szybkich odpowiedzi, które zaspokoją nasz niepokój. Bo przecież żyjemy w czasach, gdzie na wszystko musi być jakaś odpowiedź. A za odpowiedzią – rozwiązanie. Efektywność i racjonalizacja – czy już tego nie przerobiliśmy?

Zredukujmy nasze problemy do esencji. Kim jesteś? Czego byś chciał? Jak byś dzisiaj odpowiedział na to pytanie?

Do ludzi rozsądku, do rozsądku ludzi

Najpierw chciałam napisać kilka dni temu. Miał to być wpis o braku empatii, poczekałam. Potem chciałam napisać innym tonem, szyderczym i prześmiewczym o tolerancji i strachu przed nieznanym, poczekałam. Odkąd toczy się Facebookowa dyskusja na temat uchodźców (swoją drogą, na jaki temat w ogóle jest ta dyskusja?), staram się nic nie pisać, tylko czytać i czekać. Czasem krew się burzyła, czasem chciało się płakać, czasem ręce opadły, ale poczekałam.

Dzisiaj już skomentuję, bo chyba wiem co chciałabym wreszcie powiedzieć. Czytam artykuły i komentarze. Staram się pomijać te przesiąknięte gniewem i nienawiścią, które są tylko kolejną odsłoną hejterstwa, którego zaznaliśmy przy innych tematach. Szkoda na nie czasu i energii. Czytam komentarze tych, co krzyczą „przyjmować uchodźców“ i tych, co krzyczą „nie przyjmować uchodźców“ i mam wrażenie, że mamy przed sobą bardzo duży problem. Islamizacja Europy? Ginący ludzie? Tak, to też. Jednak naszym głównym problemem jest to, że zupełnie nie umiemy siebie słuchać. Każdy krzyczy, nikt nie słucha. Jeśli nie słuchamy, to nie zrozumiemy, a jeśli nie zrozumiemy, to nie rozwiążemy. Naszym problemem nie są teraz uchodźcy, tylko doprowadzenie nas samych do porządku.

Ty, który tak zaciekle bronisz uchodźców, czy rzeczywiście masz poukładane w głowie i zastanawiałeś się, co z nimi będzie za 1, 5, 10 lat gdy będą dalej żyć w Twoim kraju i będziesz z nimi obcował na co dzień? Czy wiesz jak się zachowasz, gdy okaże się, że nie potraficie się dogadać?

Ty, który bronisz granicy przed najazdem islamu, czy zastanawiałeś się co czuje człowiek, który ucieka z kraju, który jest jego krajem, gdzie zostawia wszystko, co było dla niego ważne, nie wie co będzie jutro, ale wie, że musi przeżyć za wszelką cenę, może ma dzieci, dla których to robi, a może po prostu chce żyć? Czy byłeś kiedyś w choćby przybliżonej pozycji?

Apeluję do wszystkich ludzi, którzy zabierali bądź nie zabierali głosu w tym chaotycznym przerzucaniu się argumentami, zdjęciami, statystykami; apeluję do ludzi rozsądnych, którzy mają swoje zdanie na „tak” i na „nie” i mają swoje argumenty, ZACZNIJMY SIĘ SŁUCHAĆ i nie popadajmy w paranoję. W żadną stronę.

Rozumiem doskonale osoby, które są za przyjęciem uchodźców do Polski, rozumiem, że chcą pomóc ludziom w potrzebie i uważają to za swój obowiązek, rozumiem, że wysyłają pieniądze, zgłaszają się na ochotników do pomocy, a nawet do przyjmowania uchodźców we własnych domach. Znam takie osoby i jestem w stanie zrozumieć ich postępowanie. Są to osoby, które szybko reagują na cudzą krzywdę, podchodzą do sprawy emocjonalnie i chcą w jak najszybszym czasie zaradzić problemowi, którym są bezdomni, głodni, wycieńczeni ludzie, gdzieś na łodziach, dworcach, w drodze.

Rozumiem też doskonale osoby, które nie chcą, aby Polska przyjęła uchodźców. Rozumiem ich obawy przed asymilacją, różnicami kulturowymi, religijnymi. Są to bardzo poważne pytania, które musimy sobie wszyscy stawiać. Rozumiem, że nie przekonują ich zdjęcia zabitych dzieci i przykłady jak to Polaków przyjmowano w Iranie. Rozumiem to, bo uważam, że rozpowszechnianie emocjonalnych obrazków i stawianie ich nam jako wyrzut sumienia tylko szkodzi dyskusji i jest słabym marketingowym chwytem. Te osoby patrzą w przyszłość, myślą o tym co będzie dalej i jak poradzimy sobie z tymi różnicami, o których wszyscy dobrze wiemy, że istnieją.

Obie strony mają dużo mądrych rzeczy do powiedzenia, gdybyśmy naprawdę się słuchali, może nawet moglibyśmy znaleźć wspólne wątki. Nie zgadzam się z tym, że przeciwnikom przyjmowania uchodźców zarzuca się brak człowieczeństwa. Nie zgadzam się, że jeśli ktoś jest przeciwny to jest to równoznaczne z tym, że pragnie jego śmierci. Nie zgadzam się też z krytyką w stronę osób przychylnych uchodźcom, którzy nie tylko mówią, ale robią wiele wspaniałych rzeczy, aby pomóc ludziom, którzy są w potrzebie, dlaczego nie pozwolicie im działać w spokoju? To i tak niełatwe zadanie.

Niestety, może jest to specyfika mediów, fakt, że dzisiaj każdy może wejść w wirtualną interakcję z każdym artykułem, tekstem, człowiekiem z drugiego końca świata. Komentowanie nas pobudza, dodaje emocji, ale też wykańcza. Trzeba być bardzo ostrożnym, aby nie dać się porwać kuli śniegowej, która przetacza się przez sieci społecznościowe i pochłania nas wszystkich. Zastanów się następnym razem zanim coś napiszesz.

Jeszcze dwa przykłady to przemyślenia.

Benjamin Skinner to dziennikarz, który zajmuje się tematem niewolnictwa we współczesnym świecie. Zapewne tyle zbrodni i cierpienia ile widział, mało kto jest w stanie przyjąć i przetrawić. W swojej książce „Zbrodnia” opisuje, jak to zaproponowano mu wykupienie kilkuletniej dziewczynki za 50$. Miał do wyboru – dać sprzedającemu pieniądze i „uratować” jej życie, – albo odejść. Odszedł. Dlaczego? Bo jeśli by ją kupił stałby się częścią machiny, utwierdziłby w przekonaniu kupującego, że jego biznes ma sens, a niewolników, że handel ludźmi jest opłacalny i potrzebny. Jak można go ocenić? Wciąż mam z tym problem i nie wiem. Ale zawsze gdy dzieje się tragedia, staram się o tym myśleć i przypomnieć sobie, że rozwiązania emocjonalne i pozornie słuszne, nie muszą być zawsze najlepsze. Należy podkreślić, że tu nie chodzi o brak empatii czy nieludzkość Skinnera. On bierze na siebie całe zło które widział i z którym się zetknął, musiał je przełknąć, żeby móc działać efektownie i zobaczyć problem z dużo szerszej perspektywy. Dzięki temu jest w stanie dokonywać rzeczywistych zmian w tym temacie.

„Jestem Biały. W Polsce, w Europie, nigdy się nad tym nie zastanawiałem, nie przychodziło mi to do głowy. Tutaj, w Afryce, stawało się to wyznacznikiem najważniejszym, a dla prostych ludzi – jedynym. Biały. Biały, czyli kolonialista, grabieżca, okupant. Podbiłem Arykę, podbiłem Tanganikę, wyciąłem w pień plemię tego, który stoi akurat przede mną, jego przodków. Zrobiłem go sierotą. W dodatku sierotą upokorzonym i bezsilnym. Wiecznie głodnym i chorym. Tak, kiedy patrzy teraz na mnie, to właśnie musi myśleć: Biały, ten, który mi wszystko zabrał, bił dziadka batem po plecach, gwałcił moją matkę. Masz go teraz przed sobą, przypatrz mu się! Nie umiałem rozwiązać we własnym sumieniu problemu winy. W ich oczach, jako Biały, byłem winny. Niewolnictwo, kolonializm, pięćset lat krzywdy – to przecież sprawka Białych. Białych? A więc i moja. Moja?“ R.Kapuściński „Heban“

Dopiero kiedy ktoś wyjedzie poza swoje bezpieczne podwórko, styka się z rzeczywistością. Kim jestem? W co wierzę? Dlaczego jestem jaki jestem i wierzę w to, co wierzę? Dopiero, gdy zostajemy z tym pytaniem sami, jesteśmy w stanie na nie szczerze odpowiedzieć. Ja również musiałam się z tym zmierzyć, kiedy przyjechałam po raz pierwszy do Meksyku, kraju skolonizowanego przez Europejczyków. Musiałam się zmierzyć z podziwem, uwielbieniem, ale też nienawiścią i zawiścią w stosunku do mnie, jako przedstawicielki Białej rasy. Czy kiedykolwiek myślałes/aś o sobie jako o Białym człowieku? Nie Warszawiaku, nie Poznaniaku, nie Polaku, nie Słowianinie, nie Europejczyku; ba, nawet nie przedstawicielu kultury Zachodniej! Ja jako Biały człowiek. To nie ja wybijałam Indian, to nie ja burzyłam piramidy, aby na ich miejscu postawić kościoły, to nie ja wywoziłam złoto, ropę naftową, to nie ja odbierałam ziemie i sprzedawałam ją zachodnim koncernom; ale Ja czułam na sobie brzemię setek lat wyzysku, niesprawiedliwości i zła. Dopiero przy bliższym poznaniu, dopiero przy rozmowie, brzemię spadało.

Nie każdy uchodźca jest terrorystą, nie każdy muzułmanin bije żonę i nie każda kobieta jest zniewolona. Nie każmy im odpowiadać za całe zło czynione przez innych wyznawców tej samej religii. Oni też i przed tym uciekają.

Jeżeli nie potrafimy się dogadać między sobą, My, ludzie mówiący tym samym językiem, wychowani w większości w tej samej religii i kulturze, będący jednym narodem; jak sobie to wyobrażamy w kontakcie z uchodźcą? A jeżeli zakończymy temat jedynie na rozwiązaniu „zamknijmy granice“, to będziemy hipokrytami, gdyż sami z tych otwartych granic korzystamy. Za każdą postawą jest szereg trudnych pytań, z którymi się trzeba zmierzyć. Zacznijmy się słuchać i starajmy zrozumieć, przestańmy bezsensownie komentować, bądźmy rozsądni. Zdajmy sobie sprawę, że ostatecznym rozwiązaniem nie będzie ani stanowcze „tak“ i przyjęcie wszystkich potrzebujących, ani stanowcze „nie“ i odgrodzenie się od świata islamu. Nikt tu nic nie wygra, każdy będzie rozczarowany i każdy będzie musiał jakoś z tym dalej żyć. A do porządku dziennego przejdziemy szybciej niż nam się to wydaje.

Skąd jesteś?

Niby proste pytanie, jednak wszystko zależy od czasu, miejsca i pytającego. To chyba najczęstsze pytanie jakie zadają mi od ostatnich lat. Słyszę je chyba nawet częściej niż podstawowe „jak masz na imię?”. I nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli mieszkasz na obczyźnie, jeśli się w jakiś sposób wyróżniasz, a w Meksyku było to widoczne nawet bez rozmowy; mówisz innym akcentem, co zwraca uwagę w Stanach, naturalnym jest, iż Twój rozmówca jest zaciekawiony i w głowie już próbuje odgadnąć kraj Twojego pochodzenia. Jest to także dobry punkt zaczepienia do rozpoczęcia pierwszej rozmowy.

Tak jak w Meksyku nie miałam z tym większych problemów, byłam Polką mieszkającą w Meksyku, z meksykańskim chłopakiem; tak teraz od tych dwóch miesięcy sprawa zaczyna mi się trochę komplikować. Na początek idą dokumenty i formalności. Przy wjazdach/wyjazdach z kraju trzeba zawsze gdzieś wpisać „miejsce zamieszkania” (residencia). Przeprowadzając się do Meksyku, na początku wpisywałam Polskę z moim polskim adresem zameldowania, potem stopniowo, głównie po wyrobieniu sobie wizy, przestawiałam się na mój meksykański adres, aż zaczęłam wpisywać Meksyk jako miejsce zamieszkania. Teraz gdy mam już swoją wizę w Stanach, znów przy wjazdach/wyjazdach przestawiam się psychicznie na nowy kraj zamieszkania, choć jeszcze do końca się nie przestawiłam (na Fejsbuku, jeśli jest to jakiś wyznacznik dzisiejszych czasów, wciąż jestem w Meksyku).

Odkąd jestem w Stanach, mam problem z odpowiedzią na pytanie „Skąd jesteś?”, a już na pewno mam z tym problem podczas wizyt w Meksyku (np. teraz). Czuję, że odpowiedź „z Polski”, choć jest niepodważalna i prawdziwa, nie jest już dla mnie wystarczająca. W Meksyku, Polska definiowała mnie i mówiła o mnie wiele, wystarczyło dopowiedzieć, że mieszkam tu już kilka miesięcy, lat, ale mój rozmówca już ma swoją ideę, zdefiniował „obcego”, wie z kim ma do czynienia. Teraz, w Stanach, szczególnie w Teksasie, który ma tak silne związki z Meksykiem i Meksykanami, nie wystarcza mi odpowiedź „Jestem z Polski”. Od razu pojawiają się pytania „Jak tu trafiłaś?” Przecież nie przyjechałam do Stanów z Polski. Zawsze dodaję „ale przeprowadziłam się z Meksyku, gdzie mieszkałam przez ostatnie cztery lata”. Dopiero dorzucając Meksyk, czuję, że mówię o sobie minimalnie-wystarczająco. Nie jestem już tylko Polką.

Chyba nie istnieje określenie, a przynajmniej nie jest mi znane, na taki drugi zaadoptowany kraj, którego czujesz się częścią, choć oficjalnie jego częścią nie jesteś. Można mieć paszporty, narodowości i wizy, ale to nie zawsze to samo. To taki kraj, w którym czujesz się dobrze i swobodnie, w którym nie ważne gdzie, kiedy i z kim, ale jesteś „u siebie”. To taka kultura i ludzie, których rozumiesz. Ludzie, z którymi niejednokrotnie czujesz większą więź niż z rodakami. Będąc w Stanach, reaguję chyba z takim samym entuzjazmem zarówno na Polaków jak i na Meksykanów.
Ten kraj wybrany, zaadoptowany, z najróżniejszych powodów, bardziej lub mniej od Ciebie zależnych, staje się Twoją miłością i problemem w jednym. Nie wiem czy chcę go nazywać drugą ojczyzną, bo jednak ojczyzny się nie wybiera, tak jak nie wybiera się rodziców, a do nikogo poza moją mamą nie powiem „mamo”. Rozumiesz język, ale też niuanse językowe, ton i akcent, znasz piosenki i filmy, wiesz, co oznaczają symbole, wiesz co można, a czego nigdy nie wolno, wiesz kto jest „swój” a kto nie. Wiesz gdzie należy zachować ostrożność, a gdzie możesz się zrelaksować. Choć może nie przetłumaczysz rozmowy jak rasowy tłumacz, nie będziesz znać każdego wyrafinowanego słowa, to nie istotne, bo zrozumiesz doskonale o co chodzi, a nawet o co „nie chodzi”. Nie musisz wiedzieć wszystkiego, bo pewnie się nie da, ale masz obycie i pewne rzeczy po prostu wiesz i czujesz. Potrafisz wtopić się w tłum i nawet jak wyglądasz inaczej, to sprawisz, że nikt nie zwróci na ciebie uwagi i będą Cię mieli za swojego. Jak nazwać takie zjawisko? Przecież w dzisiejszych czasach to się zdarza tak często! Jeździmy, podróżujemy, kochamy, zostajemy. Może nie zawsze musi to być cały kraj, może czasem to tylko miasto, miasteczko, miejsce? Ale jest to całkowicie nasze miejsce, które sobie zaadaptowaliśmy, które Jest nasze, choć nie tam się urodziliśmy, ani nie wiąże nas z nim nic, co by było zapisane na papierze. Jest to silna więź, nie tylko zakochanie, nie tylko emocja, to coś dużo głębszego. To miejsce, które zrozumieliśmy, zaakceptowaliśmy z całym dobytkiem, z dobrami i przywarami, miejsce które kochamy, ale też potrafimy obiektywnie skrytykować i wiemy dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. To miejsce, które kochamy jak własny kraj, miłość podobna do tej rodzinnej – kocham, krytykuję, akceptuję, wybaczam. Taki właśnie jest dla mnie Meksyk.

Kiedy jestem tutaj, piszę z hostelu w Meksyku, gdzie co chwila ktoś się pyta „skąd jesteś?”, a ja odpowiadam „z Polski”, czuję, że nie mówię wszystkiego. Kiedy muszę wpisywać na karteczkach skąd przyjeżdżam i dokąd dalej jadę, mam problem. Czasem piszę, że z DF-u, czasem piszę z San Antonio. Gdy w kolejnej rubryce muszę wpisać kraj zamieszkania, nie mogę się jeszcze zdecydować. W miejscu pełnym podróżników, turystów, przejezdnych, niesamowitych ludzi szukających przygód, nie jestem i nie czuję się jednym z nich. Naprawdę czuję, że Oni przyjechali zwiedzić „mój kraj”. Nie jestem już turystą. Nie wiem kiedy przestałam nim być. Chyba jakoś po drugim roku mieszkania tu. Mój pierwszy rok 10 lat temu był rokiem pytań, niezrozumienia i akceptowania schematycznych wytłumaczeń. „Meksykanie są radośni, bo mają dużo słońca”; „Meksykanie są szarmanccy, bo otwierają drzwi, kupują kwiaty”; „Meksykanie są pracowici, bo pracują po godzinach”. I inne, w których jest wiele prawdy, ale dzisiaj odpowiedzi na te zagadnienia są o wiele bardziej złożone. W momencie kiedy pewne prawdy i wyjaśnienia przestały być dla mnie oczywiste, kiedy zaczęłam zauważać nie tylko to „piękno, muzykę, jedzenie i uśmiechniętych ludzi”, kiedy pod wycieraczką znalazłam brud i smród, a wiele z moich teorii musiałam przedefiniować; chyba właśnie wtedy przestałam być turystą, a zaczęłam od nowa uczyć się Meksyku, patrząc na niego już innymi oczami. Czuję się jego częścią, a on jest już częścią mnie, przyswojoną, adoptowaną, wybraną, jest nią.

Jestem Polką, jestem z Polski, moim drugim/przybranym krajem jest Meksyk. Wciąż szukam terminu, który zwięźle i odpowiednio odda moją meksykańskość.

Facundo Cabral, Argentyńczyk, który spędził wiele lat życia na wygnaniu, napisał tę piosenkę. Lubię ją w wykonaniu Chaveli Vargas, wielkiej „meksykańskiej” artystki. Jest taka anegdota, gdy Chavela rozmawia z dziennikarką:

Chavela: „Si, soy mexicana” (Tak, jestem Meksykanką)
Dz: “Chavela, pero usted nació en Costa Rica” (“Ależ Pani Chavelo, przecież urodziła się Pani w Kostaryce”)
Chavela: „Nosotros, los mexicanos nacemos donde nos da la rechingada gana” (My, Meksykanie rodzimy się tam gdzie nam się k… podoba”)

Nie jestem ani stąd, ani stamtąd

Lubię słońce i kobietę, gdy płacze
Lubię mewy i złe kobiety
Lubię otwierać balkony i okna
I lubię dziewczyny w kwietniu

Lubię wino tak samo jak kwiaty
Lubię kochanków, ale nie starszych panów
Uwielbiam zaprzyjaźniać się z łotrami
I lubię francuskie piosenki

Nie jestem ani stąd, ani stamtąd
Nie mam lat, ani przyszłości
I bycie szczęśliwą to jest mój kolor
To moja tożsamość

Lubię wylegiwać się na piasku
Lubię jeździć na rowerze i śledzić Manuelę
I lubię bez ustanku patrzeć w gwiazdy
Wraz z Marią gdzieś pośród zbóż

Nie jestem ani stąd, ani stamtąd
Nie mam lat ani przyszłości
I bycie szczęśliwą to jest mój kolor
To moja tożsamość

Pierogi z jagodami

Dzisiaj, w ten upalny teksański dzień, zjadłabym pierogi z jagodami. Cienkie ciasto, kwaśno-słodkie pierogi i zimna śmietana. To zdecydowanie smak, na który mam ochotę.

Zapewne, jeśli powiedziałabym teraz, przy jakiejś rozmowie, komuś w Polsce „zjadłabym pierogi z jagodami” to by mi trochę współczuł, “no niestety, przykro mi”, albo “oh, ja jadłem wczoraj, były pyszne”, itd. Kiedy jednak powiem komuś, kto jak ja od dłuższego czasu mieszka za granicą “dziś zjadłabym pierogi z jagodami”, oboje bez mrugnięcia okiem, czy zadrżenia palca na klawiaturze, będziemy doskonale wiedzieć o co chodzi. W naszych głowach pojawi się konkretne miesjce, wspomnienie, a może wyobrażenie; może to nasz dom w Polsce, może jakaś kwatera do której jeździmy na wakacje, może mieszknie babci. Na stole talerz, na talerzu pierogi, z jagodami. Widzimy ten krajobraz, ten pokój, to słońce, ten deszcz, ze wszystkimi szczegółami; czujemy zapachy, może jesteśmy z jakąś bliską osobą, czujemy się dobrze, wspaniale, szczęśliwie. Jemy pierogi z jagodami.

„Pierogi z jagodami” to platońska idea, sen, który nie może się ziścić. Budzisz się pewnego dnia i najzwyczajniej w świecie masz ochotę zjeść pierogi z jagodami. Robi ci się smutno, bo zdajesz sobie sprawę, że spośród wielu rzeczy które masz lub możesz mieć, pierogi z jagodami są właśnie tym czego mieć nie możesz. Smak pierogów z jagodami daje Ci poczucie bezpieczeństwa, reprezentuje szczęście w jego najprostszej formie, jest wyidealizowanym wspomnieniem, które czasami się pojawia, aby całkowicie zawładnąć Twoimi emocjami, ciałem i duszą.

Czemu akurat moje kubki smakowe wybrały pierogi z jagodami? Czyżbym się nimi objadała w Polsce? Czyżbym miała to jedno, konkretne wspomnienie z nimi związane? Czy ja w ogóle, aż tak lubię pierogi? Bynajmniej. Pierogi z jagodami to jeden z niewielu smaków, których nie jestem w stanie odtworzyć będąc tutaj. Moja masochistyczna wyobraźnia wybrała mi pierogi z jagodami, żeby wbić parę szpilek w moje kruche serce…tzn. mój kruchy żołądek. Właśnie dzisiaj bardzo chciałabym zjeść pierogi z jagodami.

Trudne początków początki

hajłej po ameican dream

Nowe życie, nowy blog. A tak naprawdę, mam teraz nadmiar wolnego czasu i niedomiar bliskich osób wokół, aby móc swobodnie przejść przez okres aklimatyzacji, nowe miejsce i nową rzeczywistość.

Po czterech bardzo intensywnych latach życia w Meksyku, w momencie kiedy już wreszcie wszystko się ułożyło, zaczęło kiełkować, miałam pracę, znajomych, zajęcia i wszystko, co chciałam, przyszedł czas na zmianę. W związku z pracą mojego narzeczonego, przeprowadziliśmy się do Stanów, a konkretniej do Texasu, San Antonio. Była to nasza wspólna decyzja, bo jednak jego praca (lekarz) jest dużo bardziej stabilna, niż moje ‘zajęcia’ i różnorakie ‘pomysły na życie’ – uczenie polskiego, organizacją imprez kulturowych, gotowanie, oprowadzanie wycieczek, tłumaczenia, gra w telenowelach, kelnerowanie, prowadzenie zajęć na uniwerku, warsztatów, itp. Itd. Nie piszę tego z ironią, wiem, że robiłam i mogę robić różne rzeczy w różnych miejscach, nigdy nie miałam stałej, konkretnej pracy, ani do takiej nie dążę. Poza tym lubię zmiany, łatwo dostosowuję się do nowych warunków i nawet emocjonował mnie ten nowy rozdział.

Początek jest trudny, bo chyba generalnie zaczynać od zera zawsze jest trudno. Przede wszystkim zdziwiło mnie to, że chyba pierwszy raz w życiu doświadczam prawdziwego szoku kulturowego. W meksykańską rzeczywistość wpasowałam się jakoś lekko i bezboleśnie, dobrze się tam czułam, nie miałam większych rozterek ani problemów egzystencjalnych; tym bardziej dziwi mnie mój opór przed ‘Ameryką’.

Po pierwsze, i to dotyczy chyba wszystkich Europejczyków, nie mogę pogodzić się z wszechobecną kulturą samochodową. Aby to zrozumieć, trzeba tu przyjechać i to poczuć. San Antonio jest typową amerykańską mega-prowincją, gdzie aby dojechać w jakiekolwiek miejsce trzeba mieć samochód. Nie ważne, że mieszka tu ponad milion ludzi, to Nie jest miasto. Dla mnie miasto to miejsce gdzie mogę wsiąść w autobus, tramwaj lub metro, gdzie na ulicy kupię gazetę, albo wyskoczę do sklepu za rogiem po mleko, którego zapomniałam kupić. Otóż San Antonio takie nie jest. Nikt nie chodzi po chodnikach, pomijając kwestię, że prawie ich nie ma; nie ma ‘zapomniałam mleka’, bo nie ma sklepu za rogiem; nie ma kiosku na ulicy; ani sprzedawców, ani w ogóle ludzi na ulicach.

Jakaś opatrzność nad nami czuwała, że zdecydowaliśmy się w końcu przyjechać z Meksyku samochodem. Gloria! Gdyby nie to, to przysięgam, że nie wyobrażam sobie pierwszych dni szukania mieszkania, załatwiania dokumentów, rejestrowania się, itd. Jak?!

Fakt, że wszystko kręci się na czterech kółkach, sprawia, że człowiek czuje się tu bardzo samotnie. Nie wiem, czy to dlatego, że przyjechałam już przesiąknięta Meksykiem, gdzie każdy z tobą zagada, zawsze jesteś w tłumie, czy to w metrze, czy to na ulicy; jesteś otoczony tabunami ludzi, z którymi wchodzisz bez przerwy w różnego rodzaje interakcje, czujesz się częścią jakiegoś kolektywu. Otóż w Stanach tak nie jest. Nie jesteś częścią niczego i nawet jak ludzie są mili (bo są), to nikt tak naprawdę nie jest tobą zainteresowany. Poza tym, generalnie trudno jest wejść w jakiekolwiek interakcje, gdy cały czas spędzasz w samochodzie, przemieszczając się z miejsca na miejsce, w konkretnym celu. Nie ma nawet jak i kiedy popatrzeć na ludzi, poobserwować ich reakcje, podglądnąć i się zadumać. Nie sądziłam, że będzie mi brakowało zatłoczonych ulic i środków transportu, na które psioczyłam w Meksyku, ale które też dawały mi inspirację i które uwielbiałam obserwować.

Z tej całej samotności (narzeczony spędza całe dnie i noce w szpitalu) zaczęłam czytać i szukać blogów innych Polaków zagranicą i powiem szczerze, że wreszcie zrozumiałam po co one powstają. Doświadczenia na emigracji, nawet gdy są to inne kraje, to często odczucia są bardzo podobne. Gdy czytam, że ktoś zmierza się z podobnymi rozterkami i pytaniami, robi się jakoś raźniej. Mogę więc śmiało powiedzieć ‘w sieci siła’, parafrazując znane porzekadło.

Piszę, bo myślę, że może gdzieś, ktoś też tak ma.