Historia mojej migracji

Ten wpis jest częścią projektu Klubu Polek na Obczyźnie, dzięki któremu co jakiś czas przysiadam, aby napisać parę słów. Tym razem tych słów będzie trochę więcej.

Siedząc na kanapie w San Antonio, patrząc na walające się po pokoju pudła, myśląc o tym, że po raz kolejny pakuję całe życie w kartony, klnąc pod nosem i zastanawiając się „jak to możliwe, że przez rok znowu nagromadziliśmy tyle pierdół, co ja mam z tym wszystkim zrobić?!”; wykorzystuję wolną chwilę, aby opowiedzieć wam tę historię od początku, historię mojej migracji.

Rok 2005, matura, decyzje, studia. Wtedy jakoś jeszcze nikt nie słyszał za bardzo o Erazmusie, choć wszyscy znali „Smak życia” („L’Auberge Espanol”), marzyli o podróżach, studiach za granicą i tym szalonym życiu. Pewnego dnia przyszła moja mama i oznajmiła, że w Klubie Rotary jest możliwość wyjazdu za granicę na rok. Wymiana polega na tym, że mieszka się u rodziny, chodzi do szkoły, a w zamian twoja rodzina przyjmuje również jedną osobę na rok. Pojawiła się dziewczyna z Meksyku, która nie wiedzieć czemu postanowiła przyjechać do Polski. Nie mają chętnych na wyjazd, więc jest wolne miejsce i można brać.

Z początku nie byłam pewna. Przecież trzeba iść na studia, będę rok do tyłu, o Meksyku nie wiedziałam absolutnie NIC, czy to ma sens? Ale moja mama mocno mnie namawiała (sama była kiedyś na takiej wymianie, co zupełnie zmieniło jej życie). Tym sposobem, to właściwie Meksyk wybrał mnie, a nie na odwrót, za co jestem i będę mu dozgonnie wdzięczna.

Pierwsze miesiące życia na obczyźnie są mieszanką strachu i ekscytacji, płaczu i emocji. Miałam 18 lat i choć trochę podróżowałam, to nigdy poza domem nie mieszkałam, a już na pewno nie aż tak daleko. Ciudad del Carmen (nie mylić z Playa del Carmen) to dość brzydka, przemysłowa wyspa, na której wszyscy są inżynierami i pracują dla PEMEXu, czyli narodowego producenta ropy naftowej. Minimalna temperatura to 20-25st, która rośnie nawet do 40, przy ogromnej wilgotności powietrza przez cały rok. Po angielsku mówią chyba tylko nauczyciele angielskiego (choć i tu można mieć spore wątpliwości), jest 1 kino, 1 malecón (deptak przy brzegu morza), kilka ładniejszych plaż, i to w zasadzie tyle z rozrywek. Ja, Warszawianka, niezależna i samodzielna, trafiłam nagle do świata i domu, którego nie znałam i nie rozumiałam. W domu była muchacha (pani od sprzątania), która robiła wszystko – sprzątała, gotowała, zmywała, prała, itd. Jako nowy domownik nie miałam absolutnie żadnych obowiązków. Nie mogłam nawet sama pościelić łóżka, bo gdy rano wstawałam i szłam do łazienki, to wracając łóżko było idealnie posłane (uwaga! Posłać łóżko w Meksyku wymaga trochę wprawy!).

Wszystko było inne, nowe i nie do końca zrozumiałe. Ale było też fascynujące. Nie znałam hiszpańskiego, więc chodziłam z moim podręcznym słownikiem i dukałam słowo po słowie. Po kilku miesiącach słowa zamieniały się w zdania, po pół roku nie miałam już w zasadzie żadnych problemów z dyskusjami na najróżniejsze tematy.

Cóż mogę powiedzieć o moim pierwszym roku w Meksyku? Mieszkałam u 3 różnych rodzin, poznałam innych wymieńców z całego świata, podróżowałam i poznałam niezwykłe miejsca, płakałam gdy przyjechałam i płakałam jak bóbr gdy wyjeżdżałam. Meksyk otworzył w mojej głowie szufladki, których nie dało się już nigdy zamknąć. Pozostawił mi w głowie tysiące pytań, na które do dziś szukam odpowiedzi. Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że pewnych rzeczy nie da się opowiedzieć, że choćbym chciała, nie będę umiała opowiedzieć tego co przeżyłam, a nawet najbliżsi przyjaciele nie będą w stanie tego zrozumieć.

Wróciłam do Polski i zaczęłam studiować socjologię. Studia mnie zafascynowały, ale wciąż brakowało mi Meksyku i hiszpańskiego, wiec poszłam jeszcze na iberystykę. Potem było mi ciągle mało i zaczęłam CESLę (Centrum Studiów Latynoamerykańskich). Powoli wgłębiałam się w literaturę i historię Ameryki Łacińskiej. Czytając Paza, Fuentesa, Borgesa, Cortazara zaczęłam powoli odkrywać świat latynoamerykańskiej tożsamości i kultury, zaczęłam rozumieć rzeczy, które w Meksyku były dla mnie niedorzeczne.

W Polsce było mi dobrze. Czasem myślałam o wyjeździe, ale jakoś brakowało impulsu. Pamiętam, że przyszedł moment, zbliżał się koniec studiów, i zaczęłam sobie uświadamiać, że mija kolejny rok, a w moim życiu jakoś nic się specjalnego nie dzieje, nie zmienia. Pomyślałam, że tak już będzie zawsze, dobrze, stabilnie, bez zmian. Wtedy stwierdziłam, że samo się nie zmieni i będąc na ostatnim roku studiów złożyłam papiery na wymianę do Meksyku. Tym razem wyjechałam do stolicy, wiedziałam, że chyba już nie wrócę.
No i nie wróciłam.

Kolejne lata spędzone w Meksyku to szaleństwo. Już w pierwszym miesiącu poznałam Diego, za którego cztery lata później wyszłam za mąż. Jak to Polka za granicą, robiłam co mogłam. Uczyłam polskiego, angielskiego, pracowałam w knajpach, gotowałam i sprzedawałam pierogi, jeździłam z wycieczkami jako przewodnik, założyłam organizację promującą polską kulturę; w końcu trafiłam nawet do telewizji i statystowałam w meksykańskich telenowelach. Przygoda z telewizją to jedno z ciekawszych meksykańskich doświadczeń. Odczułam na własnej skórze na czym polega seksizm, rasizm, nepotyzm, jak bardzo rządzą tym światem i jak delikatnie, przez telewizyjny ekran promuje się wzorce, które później kształtują nasz światopogląd. Zobaczyłam, że bycie białym człowiekiem to przywilej, a skolonizowane narody do dziś dźwigają brzemię niewolnictwa, nawet gdy prawo mówi co innego.

Ale wracając do tematu. Meksyk jest moim domem, jest drugą ojczyzną. Nie jest ważniejszy niż Polska, nigdy pewnie nie będzie, ale jest ważny inaczej. Jest kolejnym, za Polską, miejscem które czuję, rozumiem (a przynajmniej staram się) i w którym czuję się jak w domu. Pisałam już o tym tu.

Płakałam rzewnymi łzami, gdy rok temu pakowaliśmy życie w pudła i opuszczaliśmy Meksyk. Ale wszystko musi mieć swój koniec, o tym też pisałam na moim meksykańskim blogu tu. Kolejny przystanek to Stany, do których nigdy mnie nie ciągnęło. Przywiodła nas tu praca Diego. W Meksyku zostawiłam wszystko co miałam i kochałam. Ale nie mogę stawiać się w roli cierpiętnika, bo przecież też tego chciałam. Chciałam znowu tej zmiany, tych emocji, ekscytacji. Czasem sobie myślę, że my, migranci, jesteśmy na tym punkcie trochę zboczeni i uzależniamy się od tych emocji. Gdy pojawi się opcja „można pojechać tu i tu na rok, dwa..”, wahamy się, boimy, ale pojedziemy, bo już nie możemy inaczej, przecież to taka szansa! Przyjechaliśmy do San Antonio układać sobie życie. Miałam pół roku „depresji”, siedziałam w domu i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Płakałam co 2 dni, bez powodu i z każdego powodu. W końcu się udało, dostałam się na studia i dostałam pracę na uniwerku. Byłam przeszczęśliwa! Ostatnie pół roku było genialne intelektualnie, choć San Antonio nigdy nie polubiłam. Całe szczęście, bo kolejna przeprowadzka właśnie nadeszła. Tym razem Chicago, na gwarantowane 3 lata. Nie mogę się doczekać, a to przecież za 3 dni!

Siedzę i po raz kolejny pakuję życie w pudła. Strach miesza się z ekscytacją. W sobotę pakujemy samochód i ruszamy 2000 km do Chicago. Znów zapakowani po dach jak rok temu

Wstyd pisać historię, która tak naprawdę dopiero się dzieje, dopiero kształtuje i ma jeszcze tyle niewiadomych. Czuję, że to życie dopiero się zaczyna i jeszcze szykuje dla mnie dużo wyzwań, zmagań i emocji. Mam przynajmniej nadzieję, że te kilkadziesiąt lat, kiedy ktoś mnie spyta o historię mojej migracji, będzie to historia, z której będę dumna. Piszę ją co dzień, na bieżąco, staram się jak mogę.

Kolejny rozdział będzie już pewnie z Chicago;).

Reklamy

Liebster Award, czyli nagroda za blogowanie

Już od jakiegoś czasu była cisza, więc wykorzystuję okazję, żeby się pochwalić i przy okazji przełamać passę blogowej prokrastynacji.

liebster2015

Wśród blogowej społeczności istnieje bardzo miła tradycja – blogerzy nominują się i przyznają sobie nagrodę Liebster Award. Jest to wyróżnienie kierowane do początkujących lub mniej rozreklamowanych blogów, czyli zdecydowanie do takich osób jak ja, które coś sobie piszą, nie umieją/inwestują/chcą/szukają promocji na innych portalach; po prostu są i myślą, że jakoś samo powinno pójść. Dlatego też bardzo się cieszę, że ktoś lubi czytać mojego bloga i chętnie przekażę pałeczkę dalej!

Dziękuję Joasi z Limonka do rosołu i bardzo polecam czytać! Gdyby mnie nie nominowała, to na pewno ja bym ją nominowała:).

Oto pytania, które zostały mi zadane:

  1. Co jest na twoim stoliku nocnym?

    Kilka rozpoczętych książek, 2 kubki niedopitej herbaty, jeden z wczoraj, drugi z przedwczoraj…i oczywiście telefon.

  2. Zakładając, że dożyjesz, jak chciałabyś widzieć siebie w wieku 85 lat?

    Chciałabym dożyć jeszcze więcej, najlepiej świadomie, jestem ogromnie ciekawa jak to wszystko będzie kiedyś wyglądało…

  3. Jaką kawę pijesz?

    Z włoskiej kafeterki, mocną, z łyżką cukru i odrobiną mleka

  4. Jedna rzecz, którą zawsze odkładasz na potem.

    Poza doczytaniem książek ze stolika nocnego, posprzątaniem kubków, obowiązkami…to Wszystko.

  5. Zawsze się uśmiecham, kiedy…
    Mam rację.
  6. Chciałabym, żeby dziesięć lat temu ktoś powiedział mi, że…

    Żebym zapisała jak widzę siebie za 10 lat, chyba jakimś dziwnym trafem spełniłam tę wizję.

  7. Prezent, który naprawdę chciałabyś otrzymać.

    Z prezentów najbardziej lubię historie, które towarzyszą wyszukiwaniu, kombinowaniu, tworzeniu samego prezentu.

  8. Gdybyś miała urodzić się jako zwierzę, byłabyś…
    Jednorożcem albo flamingiem.
  9. Co zrobiłabyś, gdybyś miała czapkę-niewidkę?

    To samo co teraz bez zażenowania, chciałabym obserwować ludzi, ale patrząc głęboko w oczy, podsłuchiwać prywatne rozmowy i robić zdjęcia z zaskoczenia.

  10. Jedno miejsce na świecie, które bardzo chciałabyś odwiedzić.
    Jezu, to się codziennie zmienia, ale załóżmy, że dzisiaj chciałabym zobaczyć Zorzę Polarną.
  11. Lody czekoladowe, waniliowe, czy owocowe?

    Waniliowe z kawałkami czekolady!

 

Ja teraz wyróżniam!

Joanna z  Wiatr w głowie

Carolyn z  Kwiaty pelargonii

Maja z  Lifeabroad

Joasia z  Tak jak elle

I moje pytania…a raczej ‚dokończ zdanie’:

  1. Pierwsze pieniądze zarobiłam…
  2. Miłość kojarzy mi się…
  3. Nigdy nie kupiłabym…
  4. Ostatnio po raz pierwszy robiłam…
  5. Najczęściej gotuję…
  6. Jako dziecko wierzyłam, że…
  7. Rodzice zawsze mówili mi…
  8. Dnia nie wyobrażam sobie bez…
  9. Moje najnowsze odkrycie…
  10. Denerwuje mnie…
  11. Najczęściej myślę o…
  12. Moim życiowym mottem jest…
  13. Jak wygram ‚szóstkę’ w LOTTO, to…

 

13 na szczęście ;).

Dziś są moje urodziny

Będąc z dala od wszystkiego co bliskie i wszystkich, którzy normalnie pojawiliby się na urodzinowej kolacji, albo zapukali do drzwi z urodzinową niespodzianką; przychodzi czas na refleksję.

Bóg Facebook. Można mówić, co się chce – że to nie to samo, że Facebook podpowiada, bo nikt nigdy nie pamięta, że wirtualne relacje zabijają te w realu, że to sztuczne. Jednak, gdy jesteś na drugim końcu świata, te kilka słów, a jeśli więcej niż kilka to jeszcze milej, sprawia, że jest ci jakoś tak lepiej. Skumulowana fala życzeń, lajków i pozdrowień daje dużego kopa. Wiem, to tylko lajki, tylko „sto lat”, czasem impuls, przez który ktoś złoży życzenia, żeby tylko je złożyć. Ale czasem też, gdy pojawi się jakieś wspomnienie od dawno nie widzianej osoby, gdy jest jakaś osobista refleksja, czy życzenia napisane specjalnie dla ciebie od osoby zupełnie „z boku”, z którą nie rozmawiasz; czujesz, że nawet bez stałego kontaktu istniejesz w innych świadomościach. To jest bardzo miłe – czuć, że gdzieś jeszcze się istnieje. Gdzieś indziej niż tu i teraz, bez potrzeby przypominania o sobie i bycia zawsze pod telefonem. Ktoś gdzieś o tobie pomyśli, nawet jeśli okaże ci to tylko tego jednego dnia. Czasem takie niespodziewane życzenia dają do myślenia. Jak zdjęcie, które zrobi ci nieznajomy. Jak na nim wychodzisz? Z jakiego kąta jest zrobione? Jaki filtr ma nałożony?

Czuję, że żyję w tak wielu miejscach, błąkam się gdzieś, w czyichś wspomnieniach, myślach…A inni są i żyją w moich. Gdy o tym myślę, jest trochę cieplej, trochę lżej, już nie tak samotnie.
Dziękuję.

Skąd jesteś?

Niby proste pytanie, jednak wszystko zależy od czasu, miejsca i pytającego. To chyba najczęstsze pytanie jakie zadają mi od ostatnich lat. Słyszę je chyba nawet częściej niż podstawowe „jak masz na imię?”. I nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli mieszkasz na obczyźnie, jeśli się w jakiś sposób wyróżniasz, a w Meksyku było to widoczne nawet bez rozmowy; mówisz innym akcentem, co zwraca uwagę w Stanach, naturalnym jest, iż Twój rozmówca jest zaciekawiony i w głowie już próbuje odgadnąć kraj Twojego pochodzenia. Jest to także dobry punkt zaczepienia do rozpoczęcia pierwszej rozmowy.

Tak jak w Meksyku nie miałam z tym większych problemów, byłam Polką mieszkającą w Meksyku, z meksykańskim chłopakiem; tak teraz od tych dwóch miesięcy sprawa zaczyna mi się trochę komplikować. Na początek idą dokumenty i formalności. Przy wjazdach/wyjazdach z kraju trzeba zawsze gdzieś wpisać „miejsce zamieszkania” (residencia). Przeprowadzając się do Meksyku, na początku wpisywałam Polskę z moim polskim adresem zameldowania, potem stopniowo, głównie po wyrobieniu sobie wizy, przestawiałam się na mój meksykański adres, aż zaczęłam wpisywać Meksyk jako miejsce zamieszkania. Teraz gdy mam już swoją wizę w Stanach, znów przy wjazdach/wyjazdach przestawiam się psychicznie na nowy kraj zamieszkania, choć jeszcze do końca się nie przestawiłam (na Fejsbuku, jeśli jest to jakiś wyznacznik dzisiejszych czasów, wciąż jestem w Meksyku).

Odkąd jestem w Stanach, mam problem z odpowiedzią na pytanie „Skąd jesteś?”, a już na pewno mam z tym problem podczas wizyt w Meksyku (np. teraz). Czuję, że odpowiedź „z Polski”, choć jest niepodważalna i prawdziwa, nie jest już dla mnie wystarczająca. W Meksyku, Polska definiowała mnie i mówiła o mnie wiele, wystarczyło dopowiedzieć, że mieszkam tu już kilka miesięcy, lat, ale mój rozmówca już ma swoją ideę, zdefiniował „obcego”, wie z kim ma do czynienia. Teraz, w Stanach, szczególnie w Teksasie, który ma tak silne związki z Meksykiem i Meksykanami, nie wystarcza mi odpowiedź „Jestem z Polski”. Od razu pojawiają się pytania „Jak tu trafiłaś?” Przecież nie przyjechałam do Stanów z Polski. Zawsze dodaję „ale przeprowadziłam się z Meksyku, gdzie mieszkałam przez ostatnie cztery lata”. Dopiero dorzucając Meksyk, czuję, że mówię o sobie minimalnie-wystarczająco. Nie jestem już tylko Polką.

Chyba nie istnieje określenie, a przynajmniej nie jest mi znane, na taki drugi zaadoptowany kraj, którego czujesz się częścią, choć oficjalnie jego częścią nie jesteś. Można mieć paszporty, narodowości i wizy, ale to nie zawsze to samo. To taki kraj, w którym czujesz się dobrze i swobodnie, w którym nie ważne gdzie, kiedy i z kim, ale jesteś „u siebie”. To taka kultura i ludzie, których rozumiesz. Ludzie, z którymi niejednokrotnie czujesz większą więź niż z rodakami. Będąc w Stanach, reaguję chyba z takim samym entuzjazmem zarówno na Polaków jak i na Meksykanów.
Ten kraj wybrany, zaadoptowany, z najróżniejszych powodów, bardziej lub mniej od Ciebie zależnych, staje się Twoją miłością i problemem w jednym. Nie wiem czy chcę go nazywać drugą ojczyzną, bo jednak ojczyzny się nie wybiera, tak jak nie wybiera się rodziców, a do nikogo poza moją mamą nie powiem „mamo”. Rozumiesz język, ale też niuanse językowe, ton i akcent, znasz piosenki i filmy, wiesz, co oznaczają symbole, wiesz co można, a czego nigdy nie wolno, wiesz kto jest „swój” a kto nie. Wiesz gdzie należy zachować ostrożność, a gdzie możesz się zrelaksować. Choć może nie przetłumaczysz rozmowy jak rasowy tłumacz, nie będziesz znać każdego wyrafinowanego słowa, to nie istotne, bo zrozumiesz doskonale o co chodzi, a nawet o co „nie chodzi”. Nie musisz wiedzieć wszystkiego, bo pewnie się nie da, ale masz obycie i pewne rzeczy po prostu wiesz i czujesz. Potrafisz wtopić się w tłum i nawet jak wyglądasz inaczej, to sprawisz, że nikt nie zwróci na ciebie uwagi i będą Cię mieli za swojego. Jak nazwać takie zjawisko? Przecież w dzisiejszych czasach to się zdarza tak często! Jeździmy, podróżujemy, kochamy, zostajemy. Może nie zawsze musi to być cały kraj, może czasem to tylko miasto, miasteczko, miejsce? Ale jest to całkowicie nasze miejsce, które sobie zaadaptowaliśmy, które Jest nasze, choć nie tam się urodziliśmy, ani nie wiąże nas z nim nic, co by było zapisane na papierze. Jest to silna więź, nie tylko zakochanie, nie tylko emocja, to coś dużo głębszego. To miejsce, które zrozumieliśmy, zaakceptowaliśmy z całym dobytkiem, z dobrami i przywarami, miejsce które kochamy, ale też potrafimy obiektywnie skrytykować i wiemy dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. To miejsce, które kochamy jak własny kraj, miłość podobna do tej rodzinnej – kocham, krytykuję, akceptuję, wybaczam. Taki właśnie jest dla mnie Meksyk.

Kiedy jestem tutaj, piszę z hostelu w Meksyku, gdzie co chwila ktoś się pyta „skąd jesteś?”, a ja odpowiadam „z Polski”, czuję, że nie mówię wszystkiego. Kiedy muszę wpisywać na karteczkach skąd przyjeżdżam i dokąd dalej jadę, mam problem. Czasem piszę, że z DF-u, czasem piszę z San Antonio. Gdy w kolejnej rubryce muszę wpisać kraj zamieszkania, nie mogę się jeszcze zdecydować. W miejscu pełnym podróżników, turystów, przejezdnych, niesamowitych ludzi szukających przygód, nie jestem i nie czuję się jednym z nich. Naprawdę czuję, że Oni przyjechali zwiedzić „mój kraj”. Nie jestem już turystą. Nie wiem kiedy przestałam nim być. Chyba jakoś po drugim roku mieszkania tu. Mój pierwszy rok 10 lat temu był rokiem pytań, niezrozumienia i akceptowania schematycznych wytłumaczeń. „Meksykanie są radośni, bo mają dużo słońca”; „Meksykanie są szarmanccy, bo otwierają drzwi, kupują kwiaty”; „Meksykanie są pracowici, bo pracują po godzinach”. I inne, w których jest wiele prawdy, ale dzisiaj odpowiedzi na te zagadnienia są o wiele bardziej złożone. W momencie kiedy pewne prawdy i wyjaśnienia przestały być dla mnie oczywiste, kiedy zaczęłam zauważać nie tylko to „piękno, muzykę, jedzenie i uśmiechniętych ludzi”, kiedy pod wycieraczką znalazłam brud i smród, a wiele z moich teorii musiałam przedefiniować; chyba właśnie wtedy przestałam być turystą, a zaczęłam od nowa uczyć się Meksyku, patrząc na niego już innymi oczami. Czuję się jego częścią, a on jest już częścią mnie, przyswojoną, adoptowaną, wybraną, jest nią.

Jestem Polką, jestem z Polski, moim drugim/przybranym krajem jest Meksyk. Wciąż szukam terminu, który zwięźle i odpowiednio odda moją meksykańskość.

Facundo Cabral, Argentyńczyk, który spędził wiele lat życia na wygnaniu, napisał tę piosenkę. Lubię ją w wykonaniu Chaveli Vargas, wielkiej „meksykańskiej” artystki. Jest taka anegdota, gdy Chavela rozmawia z dziennikarką:

Chavela: „Si, soy mexicana” (Tak, jestem Meksykanką)
Dz: “Chavela, pero usted nació en Costa Rica” (“Ależ Pani Chavelo, przecież urodziła się Pani w Kostaryce”)
Chavela: „Nosotros, los mexicanos nacemos donde nos da la rechingada gana” (My, Meksykanie rodzimy się tam gdzie nam się k… podoba”)

Nie jestem ani stąd, ani stamtąd

Lubię słońce i kobietę, gdy płacze
Lubię mewy i złe kobiety
Lubię otwierać balkony i okna
I lubię dziewczyny w kwietniu

Lubię wino tak samo jak kwiaty
Lubię kochanków, ale nie starszych panów
Uwielbiam zaprzyjaźniać się z łotrami
I lubię francuskie piosenki

Nie jestem ani stąd, ani stamtąd
Nie mam lat, ani przyszłości
I bycie szczęśliwą to jest mój kolor
To moja tożsamość

Lubię wylegiwać się na piasku
Lubię jeździć na rowerze i śledzić Manuelę
I lubię bez ustanku patrzeć w gwiazdy
Wraz z Marią gdzieś pośród zbóż

Nie jestem ani stąd, ani stamtąd
Nie mam lat ani przyszłości
I bycie szczęśliwą to jest mój kolor
To moja tożsamość