Ty wiesz jak mnie kochać

Tęsknota przychodzi znienacka. Nie zawsze w momentach kryzysu, czy smutku. Czasem wszystko jest okej, oględnie poukładane i na swoim miejscu. I nagle bum.

Wczoraj, od piosenki do piosenki, oglądaliśmy koncerty i teledyski (co często nam się zdarza). Pokazywaliśmy koledze parę hitów i klasyków meksykańskiej muzyki i nagle natknęliśmy się na nową piosenkę Natalii Lafourcade.

Sekunda po sekundzie, moje serce zaczyna pompować krew coraz szybciej i szybciej, komórki w ciele stopniowo poruszają się w rytm muzyki, ręce nie mogą wytrzymać w bezruchu i najpierw delikatnie, a po chwili z całym impetem wybijają rytm bębna. W głowie pojawiają się tysiące wspomnień, jedno za drugim i kilkanaście na raz, jakby ktoś chciał pokazać mi wszystkie momenty szczęścia i nieszczęścia, kawał życia, które już minęło, ale ciągle jest obecne. Gęsia skórka jakby przenika z powierzchni skóry i przechodzi na każdy skrawek ciała. Na te kilka minut wszystko się zatrzymuje, a ja wchodzę na poziom rzeczywistości, gdzie rządzą emocje i wspomnienia, gdzie po prostu wszystko ma sens i jest tak jak być powinno.

Meksyk jest niezaprzeczalną częścią mnie i mojej osobowości, ale nie przypuszczałam, że może on poruszać we mnie dokładnie te same struny, co Polska. A jednak może, w samo serce, dokładnie tak jak Osiecka i Grechuta, kto by pomyślał?

I do tego piosenka, której nigdy wcześniej nie słyszałam, która z niczym nie powinna mi się kojarzyć, a której brzmienie i obraz przedstawiają wszystko czym był i jest dla mnie Meksyk. Tańczyłam do niej, śpiewałam ją i czułam przez tyle lat. Cieszę się, że się wreszcie pojawiła, bo będzie kolejną rzeczą, która będzie mi przypominać, gdzie leży serce moje…a z pewnością jego wielka część.

A o moim pożegnaniu z Meksykiem -> tu.

Natalia Lafourcade ‘Tú sí sabes quererme’ (‘Ty wiesz jak mnie kochać’)

Reklamy

My, wieczni tłumacze

pexels-photo

Każdy kto nie mieszka w swoim kraju jest tłumaczem. Tłumaczem w całym, szerokim tego słowa znaczeniu. Powiedzmy sobie szczerze, że język polski, z całym szacunkiem i miłością jaką do niego pałam, poza Polską, na niewiele się zdaje. Kontakty z innymi Polakami mogą być bardzo owocne i potrzebne, fajnie jest sobie wspólnie ponarzekać i porównać jak to tu, jak to tam; w miejscach z większą ilością Polonii też może być użyteczny, ale koniec końców zamykanie się i tkwienie w wąskim, polsko-kulturowym światku jest męczące i nie o to chodzi, po co w takim razie w ogóle z tej Polski było nam wyjeżdżać?

Trzeba poznać nowy język, albo dwa albo trzy, albo pięć; a wraz z językiem zwyczaje, kontekst kulturowy, niuanse i drobnostki, a wszystko to nie jest tak łatwo przetłumaczalne na inne języki i kultury. Inność fascynuje i irytuje, wywraca nasze standardy, wyobrażenia i zasady do góry nogami, wszystko, co już wiedzieliśmy, trzeba poznać od nowa, przewartościować, przecierpieć, zagryźć zęby i stawić mu czoła.

Odkąd wyjechałam z Polski, jestem wiecznym tłumaczem. Polakom tłumaczę jaki jest Meksyk, skąd w Meksykanach ta radość życia, dlaczego rodzina jest tak ważna, czemu wszyscy się spóźniają i dlaczego nikt się nie irytuje, czemu nikt niczego nie planuje i jak się żyje z dnia na dzień. Meksykanom tłumaczę Polskę, skąd oschłość i dystans w pierwszym kontakcie i miłość po pierwszym shot-cie wódki, jak ważne są przyjaźnie, dlaczego na zaproszenia trzeba odpowiadać, przyjść na czas, a do tego jeszcze przynieść jakiś prezent; i tak dalej i tak dalej.

W Stanach tłumaczę Polskę, Meksyk, a potem to samo w druga stronę. Nie wystarczy powiedzieć Stany=kapitalizm, bo to nie jest ten sam kapitalizm. Kapitalizm zupełnie inaczej kształtował się w Polsce, inaczej w Meksyku i inaczej tutaj, a każdy z krajów jest też na innym etapie jego rozwoju, to ma znaczenie! I ma ogromny wpływ na społeczeństwo i relacje z ludźmi. Wszystko opiera się na drobnostkach, które powoli składają się w jakąś większą całość. Wychwycić te drobnostki to nie lada wyczyn. Żeby być dobrym tłumaczem, trzeba najpierw samemu to dobrze zrozumieć, poukładać, wymaga to wielu nerwów, kłótni i przede wszystkim czasu.

Mój mózg myśli w trzech językach jednocześnie. Inaczej już nie umiem. Kiedy jakaś myśl mnie nurtuje, zaczynam się nad tym zastanawiać w każdym języku. Gdy nad czymś intensywnie myślę, często wyobrażam sobie osobę, której chciałabym to opowiedzieć, np. moją przyjaciółkę w Polsce, wtedy myślę po polsku. Ale potem myślę, o mojej Pani profesor z Meksyku, i przestawiam się na hiszpański, jak bym jej to przedstawiła nie tylko dobierając odpowiednie słowa, ale też myśli. Myślę ‘po meksykańsku’ z całym meksykańskim kontekstem historyczno-kulturowym, przenoszę się na inny poziom, dobrze dobrane słowa mają znaczenie, ale trzeba też wziąć pod uwagę cały bagaż niuansów i osadzić to w innej rzeczywistości. I tak w każdą stronę. Polski, angielski, hiszpański, Polska, Stany, Meksyk…Czy ktoś też tak ma czy to jakaś moja prywatna schizofrenia?

Myślę w trzech językach i trzech perspektywach. W każdym języku jestem też nieco inna, o czym już tu pisałam. Czasem zapominam jak to jest być tylko jedną osobą, bez tego całego roztrojenia, bez tych wszystkich kontekstów, bez autotłumacza, który włącza się podświadomie. Czasem marzę, aby odnaleźć w głowie przycisk ‘off’ i być tylko jedną częścią siebie. Jakie to musiało być przyjemne, kiedy rzeczy i sytuacje znaczyły tylko jedno i to samo, i nic więcej.

My, migranci, ekspaci, wymieńcy, nomadzi i podróżnicy, jesteśmy i zawsze będziemy tłumaczami różnych rzeczywistości. Będziemy się gubić w relatywizmie i błąkać między światopoglądami i wartościami. Będziemy spotykać ‘innego’ zawsze i wszędzie, przeglądać się w jego twarzy i weryfikować samych siebie. Będziemy szukać prawdy, która będzie się zmieniać nieustająco, bo w każdym miejscu i czasie, języku i kulturze, będzie inna. Będziemy płakać i krzyczeć, bo nie będziemy rozumieć, choć już nam się wydawało, że zrozumieliśmy raz na zawsze. Będziemy iść dwoma, trzema, czterema drogami na raz i w zupełnie innych kierunkach. Da się. Czuję się tak mniej więcej przez 80% czasu.

Będziemy mieć też małe chwile olśnienia i spokoju, kiedy jakimś dziwnym trafem, wszystko układać się będzie w całość. Kiedy będziemy dostrzegać, że ponad tym całym kulturowym patchworkiem, maglem i chaosem, istnieje poziom gdzie to wszystko nie ważne, gdzie się da, gdzie coś nas wszystkich łączy i jesteśmy tacy sami. To tylko momenty, ale to one przynoszą mi spokój i wytchnienie. A w międzyczasie trzeba pisać własny słownik, błądzić, przekreślać, podkreślać, próbować, przepisywać, dopisywać, wyrywać kartki i zaczynać od nowa.

StockSnap_MFFX4ZPUMM

Rozliczając American Dream. Part 1. Szybki sukces

Kolejny post dla Klubu Polek na Obczyźnie, z cyklu: „Jak zmieniło się postrzeganie mojego kraju…”. Zdaję sobie sprawę, że rozliczanie Stanów Zjednoczonych po zaledwie 2 latach pobytu może nie być aż tak dogłębne, na pewno wiele jeszcze będzie się zmieniać, ciągle odkrywam ten kraj, tak złożony i skomplikowany i na pewno nie raz mnie jeszcze zaskoczy.

Postanowiłam skupić się na jednym konkretnym temacie, o którym każdy zawsze ma coś do powiedzenia i który wywołuje wielkie emocje u wszystkich, którzy byli, a tym bardziej NIE byli w Stanach – American Dream.

American Dream ma wiele twarzy i nie da się łatwo odpowiedzieć – ‘istnieje’ – ‘nie istnieje’. Ponieważ to złożony temat, a jednocześnie bardzo intrygujący, rozbiję go na kilka wpisów, gdzie przedstawię różne jego aspekty.
Zaczynam więc od początku, czyli ‘szybki sukces’.

American Dream, to w moim rozumieniu tyle, co ‘od zera do milionera’. Nie ważne gdzie się urodziłeś, jakim językiem mówisz, z jakiej prowincji się wywodzisz i jak mało od życia dostałeś; jeśli ciężko pracujesz, to zajdziesz daleko! Znamy to z filmów, z opowieści, z naszych własnych marzeń i wyobrażeń. A jak to widzę w praktyce…

Koleżanka z Polski opowiada mi…’Wiesz, znam parę, która wyjechała do Kanady, ona Hiszpanka, on Węgier. Zaczęli pracować w bardzo prostych zawodach, w budowlance, gdzieś na recepcji…po dwóch latach mają dom, samochód i jeżdżą na wakacje do Meksyku! A ja? Mam doktorat i nie jestem w stanie znaleźć godnej pracy, a co dopiero kupić samochód czy wyjechać ot tak na wakacje do Meksyku…’.

No dobra, to teraz po kolei…(choć przykład dotyczy Kanady, to w USA odbywa się to tak samo).

Przed przyjazdem do Stanów, pewnie myślałabym podobnie, szczególnie jeśli porównujemy sytuację z Polską. Ale teraz wiem, że często wpadamy w mało widoczną pułapkę. Po pierwsze, tak, legalne prace w Stanach (czy Kanadzie), nawet te z, powiedzmy niższego szczebla, są lub mogą być dobrze płatne, można się z nich utrzymać i jest ich całkiem dużo. Na dzień dzisiejszy bezrobocie w Stanach oscyluje na poziomie 4-5%. Jeśli ma się dokumenty i pozwolenie na prace (!!!) to raczej nie powinno być problemu z jej znalezieniem, nawet bez większych kwalifikacji. ZUPEŁNIE inna historia, jeśli nie mamy dokumentów i pozwolenia na pracę, ale o tym w następnym wpisie. Okazało się, że Węgier już miał obywatelstwo Kanady, więc ten gigantyczny próg, który jest chyba najtrudniejszy do przejścia, nie był problemem.

Po drugie, samochód. W Stanach (czy Kanadzie) posiadanie samochodu to absolutny Must. Może z kilkoma wyjątkami, gdy mieszkamy w dużym i bardzo dobrze skomunikowanym mieście. Nie ma tu porównania z Polską czy Europą, gdzie wszystko jest blisko, a transport publiczny świetnie działa. Kupienie samochodu w Stanach, też wygląda zgoła inaczej niż w Europie. Prawo jazdy zdaje się praktycznie od ręki, koszt to jedynie $20-30 (nie trzeba robić kursu), a kupienie nowego samochodu trwa 10 minut. Rejestracja w urzędzie to też prosta sprawa. Używanych samochodów jest na pęczki, można kupić w miarę sprawne auto już za $1000, czyli powiedzmy, odkładając pieniądze przez 3-4 miesiące. Jeśli wolimy droższe auto lub chcemy mieć je od razu, bierzemy kredyt, który dostanie każdy, wystarczy jeden podpis.

fresnoautoplex.com

fresnoautoplex.com

Teraz przyszła kolej na dom. Dom z ogródkiem, biały płot i codziennie rano gazeta pod drzwiami, po którą wychodzisz w szlafroku z gorącym kubkiem kawy…Brzmi znajomo? Taki właśnie obraz kodują nam filmy, budując i podtrzymując mit. I znów powtórzę, dom w Stanach to zupełnie inna bajka niż dom w Polsce czy Europie. Tutaj domy stawia się w 2 tygodnie (serio, widziałam na własne oczy!). Domy są głównie konstruowane z drewna czy materii drewnopodobnej, bez solidnych fundamentów (czasem żadnych!), oklejone dyktą od wewnątrz, a na wierzch, czasem, żeby ładnie wyglądało, przykleja się imitację cegły (taką grubości 3 cm) – to widziałam w Teksasie. Również w Teksasie można na przykład kupić dom już istniejący i przewieźć go sobie na swój teren (patrz zdjęcie).

mobile-homes-537x332

Domy są budowane szybko i tanio. Po kilku, nie mówiąc nawet kilkunastu latach wymagają albo remontu, a czasem nawet szybciej i taniej będzie je zburzyć i postawić od nowa niż bawić się w odnawianie.
Kredyt dostaje się łatwo i bez większych formalności. Jeżeli większy i bardziej sprawdzony bank nas nie przepuści, to jest cała masa prywatnych firm, które udzielają kredytów na większym oprocentowaniu, ale bez większej ingerencji w nasze dochody (pozdrawiamy kryzys finansowy z 2007 roku!). Bywałam w wielu domach, czy mieszkaniach w Stanach i z ręką na sercu powiem, że nie umywają się do polskich. Latem nagrzewają się horrendalnie, zimą przepuszczają mróz. Są nieszczelne, nieoszczędne. U mnie w mieszkaniu, w Chicago prawie cały rok na zmianę działa klimatyzacja i ogrzewanie, bo trudno utrzymać stałą temperaturę. Aż strach powiesić obraz na ścianie, bo dykta się kruszy i nie wytrzymuje. Wszystko ładnie wygląda na pierwszy rzut oka, ale jest zupełnie niepraktyczne i nietrwałe.

I na koniec wakacje. Wakacje w Meksyku, które dla Polaków są raczej luksusem, w USA czy Kanadzie, są standardowym wyjazdem. Biorąc pod uwagę zarobki w dolarach, ilość lotów i ofert podróży, nie trzeba się wiele napracować, żeby na taki urlop sobie pozwolić. 10 dni wakacji w Cancun wyjdzie taniej niż 10 dni w jakimkolwiek miejscu w USA. Czyli trochę tak jak w Polsce. Wakacje w Egipcie, Tunezji, są tańsze niż nad polskim morzem. Plus, jak ze wszystkim, nigdy nie ma, że nas nie stać, bo zawsze można wziąć co?…..kredyt!

Take-a-vacation-to-mexico

windycitytravel.com

Amerykanie przyjeżdżając do Cancun, siedzą w swoich hotelach all inclusive i zazwyczaj nie wystawiają nosa poza hotelową plażę. Może 1 na 10 Amerykanów, który mówił mi o swoich wakacjach w Meksyku, widział coś więcej poza swoim hotelem i lotniskiem….ale to tak na marginesie.

Podsumowując. Wyznaczniki szczęścia i sukcesu wydają się podobne dla wszystkich – stabilna praca, samochód, dom, wakacje; ale w zależności od kraju są bardzo różnie rozumiane. W Stanach da się relatywnie szybko zarobić pieniądze i spełnić te podstawowe marzenia, ale trzeba wziąć sporą poprawkę na to Co znaczy ten samochód, ten dom, te wakacje. Z jednej strony są przecież realne, prawdziwe, ale z drugiej jakieś takie udawane, nie do końca. Ten dom stoi, ale trochę krzywo. Samochód jeździ, ale często się psuje. Drinki z hotelu są nieograniczone, ale na najtańszych alkoholach. Więc wtedy zdajesz sobie sprawę, że coś tu nie gra, że to marzenie trochę inaczej wyglądało…Wtedy zaczynasz szukać czegoś lepszego, trzeba podnieść status, bo to co mam, mają prawie wszyscy. A jeśli wszyscy to mają, to czym ja się wyróżniam? Tak właśnie zaczyna się gra…gra w kapitalizm i gra w Monopoly…ale o tym w następnym odcinku…

Polecam doświadczenia i refleksje dziewczyn z innych krajów:

Karolina ze Szwecji
Agata z Turcji
Dorota z Wielkiej Brytanii
Kasia z Belgii 
Małgosia z Holandii

Może się powtarzam…

IMG_1030.JPG

Chicago dzisiaj we mgle

Może się powtarzam, ale znów mam parę przemyśleń dotyczących migracji.

Życie na migracji to dla mnie ciągłe wyzwania. I już pomijając wyzwania papierkowo-wizowe, dokumenty, rachunki, urzędy i wszystko, co wiąże się z życiem na co dzień; dużo trudniejsze są dla mnie wyzwania emocjonalne i światopoglądowe. A te pojawiają się co jakiś czas i robią niezły burdel w głowie. Oto moje złote myśli na dziś:

  1. Miejsce MA znaczenie! Twój światopogląd funkcjonuje jako spójna całość w danym miejscu, w danej rzeczywistości i wśród danych ludzi. Gdy jeden z punktów się zmienia, musisz przearanżować całą resztę.
  2. Gdy obracasz się w kręgach ludzi, którzy mieli podobne doświadczenia, chodzili do podobnych szkół, mówią podobnym językiem, podróżują do podobnych miejsc, lubią podobne filmy i czytają podobne książki, zawsze będziesz guru. Będziesz zajebiście mądra, oczytana; dasz najlepszą radę i będziesz się czuć dobrze ze sobą. Dopiero, gdy znajdziesz się wśród ludzi, którzy są zupełnie od Ciebie różni, którzy nie znają Twojego języka (i nie chodzi mi o język obcy), którzy przeżyli zupełnie inne życie, czytali zupełnie inne książki i doświadczyli rzeczy, o których nie miałaś najmniejszego pojęcia…dopiero kiedy skonfrontujesz siebie i to co myślisz i uważasz za ‘mądre’, ‘prawdziwe’, Niepodważalne!…dopiero kiedy Twoje najlepsze cytaty i złote myśli przestaną działać…dopiero, gdy poczujesz się zostawiona na lodzie, bez koła ratunkowego, bez niczego, co jest Ci znane i do czego możesz się odnieść…gdy zburzysz wszystko, co budowałaś przez lata i, co było dla Ciebie niepodważalne, ważne, piękne i prawdziwe; gdy będziesz musiała wszystko definiować od zera…dopiero wtedy będziesz wiedziała ile te Twoje mądrości, wiedza i doświadczenie są/były naprawdę warte…
  3. W naszej kulturze i nurtach myślowych, przyzwyczajeni jesteśmy do idei czasu linearnego. Wszystko płynie linearnie, w danym kierunku i celu. Tworzymy, nasze życie idzie do przodu, budujemy na podstawach, które ktoś kiedyś postawił. Każda kolejna rzecz i doświadczenie jest dodatkiem to wszystkiego, czego się do tej pory nauczyliśmy. Zaczynam coraz częściej redefiniować także tę teorię. Coraz częściej czuję, że nawet jeśli istnieje coś takiego jak progres, to nie jest on linearny a kołowy. Czuję, że ciągle zataczam koła, dochodzę do czegoś, po czym wracam, redefiniuję i zaczynam znów od początku. Ciągłe powroty, próby i te same walki. Nigdy nic się nie wie raz na zawsze. Nigdy nic nie jest skończone ani poznane. Będziemy wciąż wracać i przeżywać wszystko na nowo, zmieniać, polepszać, doskonalić, burzyć i budować od nowa. I nie chodzi tu o pesymizm, a inną perspektywę. Przestaję się przyzwyczajać do myśli, że jest jakiś punkt kulminacyjny, jakiś koniec, jakiś garnek złota. Nie ma.

Wigilijne dylematy

when-was-the-last-time

Tak to już jest, że jak człowiek mieszka na obczyźnie to musi się pogodzić, że wszystko i zawsze będzie musiał robić po raz pierwszy. I zazwyczaj w wersji bez instrukcji obsługi, bez telefonu do przyjaciela, zapewne w nieznanym sobie języku, a już na pewno w otoczeniu, które jest zaprojektowane tak, aby dokonać prawidłowej selekcji naturalnej. Przetrwają tylko najsilniejsi. To trochę tak jak ze studiami i paniami w sekretariacie. Dyplomu za ukończenie nie dostaje się za dobrze zdane egzaminy, a za lata chodzenia od drzwi do drzwi, pytania, błagania, wylanych łez, zdobywania podpisów i dobijania się do drzwi, które otwarte są tylko od 11 do 12 w co drugą środę, a też nie zawsze i nikt nie wie dlaczego.

Życie za granicą to prawie to samo, tylko że zawsze, na zawsze, na każdym kroku i oczywiście bez dyplomu na koniec. Ewentualnie możesz mieć własną, wewnętrzną satysfakcję i przy odrobinie szczęścia podzielić swoimi osiągnięciami na Facebooku, choć tylko nieliczni będą w stanie naprawdę docenić, że udało ci się zdobyć to pozwolenie o pracę, prawo jazdy czy wyrobić paszport w polskim konsulacie (bo co to za problem?).

Sprawy zawsze się komplikują w okolicach świąt, które są przecież bardzo znaczącym (przynajmniej dla mnie) okresem, nasyconym różnymi tradycjami i przyzwyczajeniami. I choć w moim domu święta nigdy nie były aż tak tradycyjne, to naszych rodzinnych tradycji jak kupowanie ostatniej, już tej najbrzydszej choinki w dniu Wigilii, kanapeczki z szyneczką na śniadanie (ups! Znowu…), ostatnie zakupy prezentowe i jedzeniowe w Promenadzie, coroczne zapominanie o imieninach Adasia; stały się wyznacznikami naszych świąt. Takich rzeczy brakuje i zawsze będzie brakować.

Kolejną kwestią jest jedzenie. Jakoś tak skonstruowany jest człowiek, że smaki i zapachy działają na niego silniej niż jakikolwiek obraz. Dlatego też smakami i zapachami zawsze próbuję odrobinę świątecznej uczty przemycić do nowych miejsc. Lubię gotować, więc na każde święta, czy te w Polsce czy w Meksyku czy teraz pierwszy raz dla mnie w USA, przygotowywałam kilka polskich dań. W Meksyku z racji działalności „AmaPoli” do perfekcji miałam już opanowane bigosy, pierogi, makowce, barszcze, paszteciki; zarówno w ilościach industrialnych jak i bardziej personalnych. Wiedziałam już jaka kapusta (ha, była tylko jedna), gdzie kupić przyprawy, jak przyrządzić, ile czego, żeby było jak trzeba. Może nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale przy każdej przeprowadzce cała wiedza życiowa, a w tym również ta kulinarna, musi przejść znaczące metamorfozy. Warzywa i owoce smakują inaczej w Polsce, inaczej w Meksyku, inaczej w San Antonio i inaczej w Chicago. I nawet przy całej komercjalizacji, globalnej konsumpcji i wszechobecnych, ogólnodostępnych produktach, trzeba wszystko poznać na nowo, dostosować się do innego klimatu i zwyczajów, a nawet zmienić upodobania i przyzwyczajenia. Już nie mogę jeść mango i papai na śniadanie, pić soku ze świeżych pomarańczy 3 razy dziennie, ani chodzić po limonki do ogrodu. Najbardziej boli mnie awokado, które tak uwielbiam, już nie ma cały rok i nie smakuje do końca tak samo. Ale w nagrodę mam inne rarytasy – ser biały, kabanosy, śledzie, ogórki konserwowe, dobre wędliny, pieczywo, Wasę, chrupki kukurydziane i Chio Chips paprykowe; więc nie ma co narzekać.

W tym roku pierwsza Wigilia w Chicago, ale też pierwsza Wigilia, na której będziemy tylko we dwoje (no i pies, jego też pierwsza z nami). Bardzo chciałam, żeby było nas więcej, ale jakoś nie wyszło. No i tak dziwnie mi z tym trochę. Co przygotować? Co ugotować? Do dwunastu potraw raczej nie dociągnę. Czy będziemy ‘zasiadać’ do kolacji? Czy się ładnie ubrać? Czy ‘nakryć’ do stołu? Czy zostawić miejsce dla niespodziewanego gościa? A może po prostu zalec w dresach na kanapie i oglądać seriale? Czy polskim zwyczajem damy sobie prezenty po kolacji, czy meksykańskim następnego dnia rano? No właśnie, rzeczy oczywiste są oczywiste tylko do czasu, aż przestaną być oczywiste. Jeszcze nie przetestowaliśmy wspólnych świąt na Amerykańskiej ziemi, więc na dniach wszystko się okaże…

Wesołych Świąt!

 

Processed with VSCO with t1 preset

Choinka jak życie DIY

 

Być sama ze sobą

Emigracja uczy samotności. Uczysz się być sama ze sobą, znosić swoje humory i niedoskonałości. Poznajesz siebie od tej najbardziej intymnej strony – słabego, anonimowego, bez bezinteresownego wsparcia rodziny i przyjaciół. Radź sobie.

Trudno jest znosić swoją samotność, bo trudno jest znosić siebie samego, w całej okazałości; bez rozproszenia, bez telefonu do przyjaciela, bez rad i dzielenia się każdą bzdurą. Trudno jest nie być nikomu niezbędnym, albo chociaż potrzebnym, nie podzielić się radą, nie dawać komuś na co dzień radości, tylko dlatego, że się jest, że się słyszy czyiś głos. Trudno jest przestać słyszeć „jezu, jak dobrze, że jesteś”.

Hartujemy się, próbujemy odnaleźć swoje małe miejsce w wielkim świecie, próbujemy budować przyjaźnie, albo chociaż znajomości. I na szybko, bo czasu nie ma. Nie mamy miesięcy czy ba, lat, aby kogoś poznać „na dobre i złe”. Musimy przewartościować swoje wymagania, wystarczy, że jest „spoko”, „miło”, „fajnie”, te chwile znaczą więcej niż „na zawsze” i „ponad wszystko”. Stają się cenne, stają się najważniejsze.

Na emigracji ciągle wszystko weryfikuję, a przede wszystkim siebie, kim jestem? Bo jestem kim innym w Meksyku, w Teksasie, w Chicago. Wpasowuję się w inne szufladki i walczę z innymi stereotypami. W każdym miejscu trzeba się odnaleźć na nowo. I nie tylko ja, sama ze sobą, ale z całym światem i kim jestem dla tego świata tym razem. Jestem Polką. Ale Polką-Polką? Czy Polką-Amerykanką? Gdzie się urodziłam..ale ile dokładnie lat w Polsce mieszkałam? Na jakiej jestem wizie? To wszystko nagle jest tak bardzo istotne, trzeba mnie jakoś sklasyfikować. Ale jeszcze Meksyk, i meksykański mąż. Czy jestem dwujęzyczna? Trójjęzyczna? Czy jestem tu na zawsze? To wszystko nagle takie skomplikowane.

Jestem sama ze sobą 24h na dobę. No dobra, czasem 12, a czasem całymi dniami, tygodniami, miesiącami. I choć przez ekran komputera rozmawiam z całym światem, to tego nie czuć. Dzielę się szczęściem. Szczęście jest wspaniałe, bo można je rozpoznać od razu. Zdjęcie, cyk, filtr, 2 słowa, 3 komentarze i widać szczęście. Wszyscy je znamy. Jest na talerzach z pysznościami, w słońcu, na plaży, w podróży, w uśmiechu. Nie trzeba nawet komentarzy, wystarczy hasztag. Ze smutkiem trochę gorzej. Nie ma dobrych filtrów, esencji nie ubierze się w kilka słów, no i kto by chciał to w ogóle czytać?

Emigracja to jak patrzenie w lustro całymi dniami na swoją twarz bez makijażu, słuchanie własnego pogłosu w słuchawce, odpowiadanie na te same pytania, ciągłe zastanawianie się „co ja tu robię?”, „po co mi to było?”.

A potem przychodzi kolejny dzień, i wszystko znowu ma sens, jest jakoś lepiej, jakoś piękniej, i ja w tym lustrze jakaś taka ładniejsza. Już trochę lepiej się znoszę, już się lepiej poznałam, już znam trochę te swoje humory, już się przyzwyczajam do siebie. Choć nikt mi dziś nie powie „jak dobrze Cię widzieć”, „jak fajnie, że jesteś”, to i tak jest dobrze. Wolność ma swoją cenę. Mam swoją wolność, mogę wszystko. Płacę za nią łzami i hasztagami.

Ważne, żeby tylko nie zwariować.

Jaka jestem w różnych językach?

Ten post jest częścią projektu językowego Klubu Polek na Obczyźnie

Jeśli bym chciała powiedzieć moim Amerykańskim znajomym, że „nie chce mi się” dziś wychodzić z domu, to miałabym problem. Nie dlatego, że by się obrazili, ale dlatego, że po angielsku to wyrażenie po prostu nie istnieje. Bo nie chodzi o to, że ja nie chcę (I don’t want), że nie mogę (I can’t), że nie mam ochoty (I don’t feel like); może i mam, ale po prostu dzisiaj mi się Nie Chce (…).

koszulka-meska-misie-nie-chce-pomaraczowy-napis

źródło: sklepwgorach.pl

Czy to anglosaska kultura, protestantyzm, kult pracy nie pozwolił na wykształcenie się tego, jakże bogato używanego w polskim i hiszpańskim języku zwrotu; czy to przez to, że język nie doczekał się tego określenia, kultura poszła w takim, a nie innym kierunku? Do jakiego stopnia to język kształtuje kulturę, nasz system wartości i sposób myślenia? A może to właśnie historia i kultura odzwierciedla się w języku i jego złożoności. Teorii jest wiele, i z pewnością można przeprowadzić wiele ciekawych dyskusji na ten temat. Dziś kilka moich osobistych rozważań z życia i radzenia sobie w różnych językach.

Gdy zaczynasz funkcjonować w nowym języku, oczywistym jest, że będziesz robić kalki i tłumaczyć zdania dosłownie. Zazwyczaj się to sprawdza i nawet jak nie mówisz do końca gramatycznie, to i masz duże szanse na porozumienie się. W końcu Chomsky udowodnił, że na pewnym poziomie lingwistycznym struktura gramatyczna wszystkich języków jest taka sama. Oznacza to, że generalnie jeśli chcemy to potrafimy wszystko przetłumaczyć i „się dogadać”. I da się. Wiele razy widziałam jak Polscy wycieczkowicze w Meksyku, nie znając ani hiszpańskiego, ani angielskiego, potrafili sobie świetnie poradzić przy odnajdywaniu drogi, targowaniu się, a nawet prowadzili pogawędki z Meksykanami, którzy też ni jak po polsku. Niby jeśli mówisz wolniej, akcentujesz każde słowo, powtarzasz głośniej, to chyba i tak Meksykanin nie domyśli się znaczenia polskiego słowa; ale ku mojemu zdziwieniu, oboje odchodzili z uśmiechem na ustach i szczęśliwi, że „się dogadali”. Jeśli chodzi o podstawy, o ten basic survival to zdecydowanie język nie stoi na przeszkodzie. Problem pojawia się, gdy wchodzimy na wyższe poziomy komunikacji i nie chodzi już tylko o „jeść”, „pić”, „jak dojść?”. Gdy dotykamy kwestii egzystencji, światopoglądów, wartości, wówczas nawet to samo słowo w tym samym języku może wywołać cały wszechświat najróżniejszych emocji i znaczeń. Czym jest „wolność”?

Ironia funkcjonowania i rozmawiania w obcym języku polega na tym, że czasem dużo łatwiej (przynajmniej mi) jest w nim wyrazić swoje emocje i poglądy niż w języku ojczystym. Działa tu pewien mechanizm, który według mnie polega na braku emocjonalnego przywiązania i „bagażu” pewnych słów i myśli. Po hiszpańsku jestem dużo bardziej otwarta i dużo łatwiej przychodzi mi używanie słów i zwrotów związanych z ważnymi emocjami: jak „miłość”, „kocham Cię”, itd. Wbrew pozorom nauczyłam się też dużo lepiej wyrażać emocje, niż po polsku. Dopiero, gdy nauczyłam się po hiszpańsku, potem zaczęłam je wyrażać również po polsku. Meksykanie są bardzo ekspresyjni jeśli chodzi o wyrażanie emocji i nie mają z tym problemu. Ta otwartość, zarówno w gestach jak i języku (do kuzynów, cioć, przyjaciół, a nawet zwykłych znajomych mówisz „kocham Cię” przy każdej okazji) jest naturalna i wszechobecna.

Hiszpański jest też językiem bardzo lewicującym i szeroko używającym zwrotów związanych z socjalizmem, komunizmem, równością, itp. Powiedzieć w Polsce „komunizm”, „proletariat”, to zupełnie co innego niż powiedzieć po hiszpańsku „comunismo”, „proletariado”. Te słowa będą miały zupełnie inny oddźwięk i mogą być przyczyną niejednej kłótni. Meksykanie nigdy komunizmu nie doświadczyli i mają o nim takie pojęcie, jak Polacy 60 lat temu. Z drugiej strony, „kapitalizm”, który w Polsce jest raczej pozytywnie odbierany, w Meksyku jest nacechowany zdecydowanie negatywnie i wiąże się z niewolą, utrapieniem i zależnością od Stanów, czego Polacy nie będą w stanie zrozumieć, jeśli nie poznają historii Meksyku.

Po hiszpańsku jestem dużo bardziej rewolucyjna i kategoryczna w opiniach. Dużo łatwiej mi mówić „comunismo” niż „komunizm”. Są to dla mnie dwa zupełnie odrębne słowa. Hiszpańskie „comunismo” utożsamiam z sytuacją Indian w Meksyku, gdy natomiast mówię „komunizm” nie jestem w stanie myśleć o niczym innym jak o Polsce. Czytając hiszpańskich socjologów i myślicieli na studiach, zaabsorbowałam całą masę zwrotów, których nie jestem w stanie używać z taką samą łatwością i w tych samych kontekstach jak po polsku. Gdy tłumaczę na polski, jakoś mi to nie brzmi, nie to chciałam powiedzieć. Może jednak to język kształtuje światopoglądy?

Największy problem miałam, gdy doszedł mi angielski, jako język funkcjonowania i studiowania. Aby dostać się na studia w Chicago musiałam złożyć pracę napisaną po angielsku. Ponieważ nie miałam żadnej pracy naukowej, stwierdziłam, że po prostu przetłumaczę rozdział mojej pracy magisterskiej (o kreacji symboli narodowych w post-rewolucyjnym Meksyku, po hiszpańsku). Stwierdziłam, że to nie może być trudne, przecież hiszpański i angielski są dużo bliżej gramatycznie niż polski, i tak z pomocą internetowego translatora oraz dopieszczając językowo i poprawiając błędy, przetłumaczyłam. Gdy sczytałam całość po tłumaczeniu, prawie spadłam z krzesła. Nie mogłam uwierzyć, że ta sama praca może brzmieć tak kompletnie inaczej. Był to dla mnie jakiś komunistyczny bełkot, spiskowa teoria dziejów, masakra. Przeczytałam po hiszpańsku, no i nie, to miało całkowity sens! Nawet cytaty ważnych pisarzy i myślicieli, po angielsku zupełnie mi nie brzmiały! Zaczęłam poprawiać, łagodzić język, eliminować dosadne myśli, sypać brokatem i owijać w różowy puszek. W końcu się udało. Idea pozostała ta sama, ale język musiał się zmienić. Angielski jest językiem dyplomatycznym, bardzo uniwersalnym i nielubiącym kontrowersji, politycznie poprawnym i stonowanym. Mimo iż hiszpański jest gramatycznie podobny, to ekspresjonizm i temperament, sposób wyrażenia myśli, potrafi mocno namieszać. Kolejny dowód na to, że czasem forma może być ważniejsza od treści.

Jeśli po angielsku nie mogę powiedzieć „nie chce mi się”, to znaczy, że Amerykanom czy Anglikom zawsze się chce? To by było zbyt duże uproszczenie, wiadomo, że wszyscy jesteśmy ludźmi, którym od czasu do czasu się po prostu nie chce. Ale fakt wyrażenia myśli i emocji, ubranie ich w słowa i wypowiedzenie, też ma duży wpływ na nasze funkcjonowanie. Każdy język który poznajesz to nowy świat, nowa rzeczywistość. Mówiąc danym językiem nie jestem innym człowiekiem, ale odkrywam w sobie nowe obszary własnej osobowości. Potrafię wyrazić nowe poglądy, otworzyć się na nowe doznania i zobaczyć świat z innej perspektywy. Dopiero poprzez język zaczynam rozumieć inną kulturę i poznając kulturę, zaczynam rozumieć jej język.

Czy ktoś z was też tak miał?

Jedna burza, która nawiedziła mój ślub

Kiedy siedziałam na krześle w domku Uli, która malowała mnie i czesała do ślubu, wreszcie w spokoju popijałam piwo i patrzyłam przez okno. Na początku lekki deszczyk, spoko, jeszcze 2 godziny, jest czas żeby się wypogodziło. Za chwilę wiatr, potem silniejszy wiatr i w końcu przyszedł, tajfun. Z całym swoim tropikalnym łomotem przekręcał palmy na wszystkie strony. Już było mi wszystko jedno. Już przestałam się stresować karteczkami na stołach, kto gdzie usiądzie, jakiego koloru są kwiatki, czy gdzie podziały się wachlarzyki. Odeszły wszystkie ostatnie organizacyjne stresy, teraz już na nic nie miałam wpływu. Podobno ma przejść i za 3 godziny wyjdzie słońce, cudownie! W tle leci „Rain, rain, go away” którego słucha roczna córeczka Uli. Zaklinamy.

Potem przyszła Zielak i mówi, że niestety burza nie przejdzie. Ale mimo wszystko jedziemy na miejsce, zobaczymy co da się zrobić.

Panuje organizacyjny zamęt. Goście powoli się zbierają, a tu chaos. Każdy wchodzi, wychodzi, kombinujemy, przestawiamy, szukamy opcji, rozmawiam z Diego przez uchylone okno, konsultujemy, zrobimy jak się da, ale ślub musi przecież być dzisiaj.

Skracając historię, udało się. Ślub był, podobno był piękny. Jeszcze nie umiem się z tym pogodzić, bo w moim wyobrażeniu wyglądał zupełnie inaczej. Połowy zaplanowanych rzeczy nie udało się zrealizować, piękny ołtarz z kwiatów, nad zielonym morzem, odfrunął wraz z wichurą; dekoracje i światła szlag trafił. Ale się udało. Deszcz przestał padać, udało się rozstawić po raz piąty stoły, postawić na nich parę świeczek, powoli wszystko zaczęło nabierać kształtu. Podgrzewacze do jedzenia się zalały, więc jedliśmy zimne. Połowa jedzenia gdzieś się zniszczyła, albo została zjedzona przez ekipę. Nie było świateł, na prędce rozstawiali co się dało. Dj okazał się słaby. Kelnerzy rozlali szampana przez toastem. Potem rozdali tort przez pokrojeniem przez nas oficjalnego. Plus parę innych tragedii.

A potem okazało się, że nikt nawet nie zauważył. Tylko ja. Bo tylko ja wiedziałam, że to wszystko nie tak, nie tak, nie to. Tylko ja się stresowałam, bo nikt inny nie wiedział jak Miało być. Podobno było wspaniale. Podobno było pięknie, podobno wszystko wyszło super. Jeszcze trochę płaczę za tym wszystkim czego się nie udało i co nie wyszło. Jeszcze myślę, o tym, że miesiące przygotowań poszły na nic. Jedna burza, podczas tygodnia pięknego słońca. Jedna burza, która miała przyjść 12ego marca do El Cuyo, na Jukatanie.

Jedna burza, która zniszczyła dekoracje, światła, jedzenie, piękne zdjęcia. Jedna burza, którą na zawsze zapamiętam. Jedna burza, która pokazała mi, że ludzie, którzy mnie otaczają to najwspanialszy prezent, który jakakolwiek panna młoda może sobie wymarzyć.

Każdy pomagał jak mógł. Każdy stanął na wysokości zadania i z największym i najbardziej szczerym uśmiechem jaki może być powtarzał „To na szczęście!”, „jest wspaniale, nie przejmuj się!”. Nigdy w życiu nie czułam takiej miłości i serdeczności jak podczas tej jednej burzy. Dzięki temu dałam radę stać na nogach i cieszyć się, że w ogóle daliśmy radę. Na nasz ślub na końcu świata, przyjechało ponad 70 osób. Rodzina i przyjaciele, którzy pokazali, że są i będą, że nie zawiodą, i że wszystko im jedno czy zjedzą zimne jedzenie i zmoczą się na deszczu. Którzy zamiast narzekać i krytykować, spytają się „w czym mogę pomóc?”.

To chyba stąd tak naprawdę moje łzy. Chyba nie płaczę za wyobrażeniem idealnego ślubu, pocałunku i zdjęć w świetle zachodzącego słońca. Chyba te łzy płyną z nieprzetrawionych jeszcze emocji i szczęścia jakie czuję za tak nieocenione wsparcie jakie dostałam. Z taką mocą można wszystko. Można brać ślub podczas tajfunów, można złapać gumę po środku niczego, wioząc hektolitry alkoholu na wesele, utknąć bez zasięgu, i dać radę; można postawić na małym tarasie 70 krzeseł i odprawić ceremonię; można bawić się do słabej muzyki do samego rana i pić tequilę, choć szoty nie wchodzą; można doświetlać zdjęcia latarkami z telefonów i można wstrzymać oddech gdy spada kolejna kropla deszczu; można zatańczyć pierwszy taniec po raz pierwszy w życiu; można upaść na plażowym piasku i śmiać się do rozpuku w objęciach przyjaciół.
Można wszystko, bo niby czego więcej trzeba?

Właśnie przeczytałam życzenia z naszej pięknej księgi gości i już nie wiem, o co mi chodzi. Było cudownie! Dziękuję, że jesteście.

Kiedyś były dowcipy, dziś są memy

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że już dawno nikt nie opowiedział mi żadnego dowcipu. Choć sama jestem bardzo słaba w opowiadaniu dowcipów, to jednak były czasy, kiedy kilka się znało i przy okazji w towarzystwie rzucało. Jestem już w wieku gdy mogę spokojnie powiedzieć „kiedyś to…” (nawet jeśli chodzi mi o 10 lat wstecz) i zdać sobie sprawę jak bardzo rzeczywistość się zmienia.

Kiedyś znaliśmy i opowiadaliśmy dowcipy, dziś szerujemy memy. Memy pełnią tę samą funkcję, z tym, że są dużo bogatsze, bo posługują się obrazem, tekstem, a czasem nawet dźwiękiem (czy memy przyszłości będą miały smak i zapach?). Taki mem daje dużo większe pole do popisu. Do tego, każdy może go stworzyć i się nim podzielić ze światem w kilka chwil. Kocham memy i kreatywność ludzi i uważam, że nic, tak subtelnie jak one, nie stanowi o sensie naszego istnienia. Śmiech, groteska, karykatura, ironia, to dla mnie większa broń czołg pancerny. Humor sięga dużo dalej i dotyka głębiej niż kule (Charlie Hebdo), przez co należy się z nim obchodzić bardzo ostrożnie. Z drugiej strony, może być jak najtrwalsza zbroja. Ktoś kto ma dystans do siebie, swoich wad, kto jest w stanie każde wierzenie, teorię, pragnienie zamienić w żart czy poddać w wątpliwość, tego nic i nikt nie zniszczy.

Kiedy przeczytałam, że podczas obławy w Brukseli, Belgowie postanowili udostępnić zdjęcia kotów, zamiast dzielić się informacjami z akcji policji, moje serce zabiło mocniej. Poczułam, że to całe życie jednak ma sens. Że „wartości Europejskie” o których tyle się teraz mówi właśnie na tym polegają. Że doszliśmy do tego momentu w historii, że człowiek od nowa zaczyna kochać to życie, celebrować moment i śmiać się ze wszystkiego. Ta wolność ducha i spokój, humor i dystans, nawet w kryzysowym momencie, jest dla mnie potwierdzeniem wszystkiego w co gdzieś w głębi wierzę. Wiara, że można inaczej, że trzeba inaczej i że tak wielu też tak czuje.

Na zajęciach z socjologii mieliśmy za zadanie wybrać jakieś zjawisko kulturowe, albo cokolwiek związanego z kulturą co uwielbiamy – zespół muzyczny, hobby, sposób spędzania czasu, itd. Coś w co się angażujemy i kochamy i…skrytykować to konstruktywnie na różnych płaszczyznach, głównie pod względem konsumpcjonizmu. Ja wówczas wymyśliłam jedzenie, a raczej gotowanie. Cóż złego w gotowaniu? Przecież, żeby żyć, musimy jeść. Nie da się temu zaprzeczyć. Ale czy dziś jemy po to żeby żyć?

Co jemy? Jak jemy? Ile na to wydajemy? Ile sprzętów musimy kupić, żeby pewne dania przygotować? Do czego wiedzie nas ciągłe poszukiwanie nowych smaków? Mody jedzeniowe, mody na dania, kuchnie, produkty, wykluczenie społeczne i aprobata, sposób podania, sztućce czy pałeczki? Jaki kieliszek? Jaki rocznik? Jaka marka? W jakim towarzystwie? Czy rzeczywiście chodzi tylko o jedzenie dla przeżycia?

Okryłam cały nowy świat. Powtarzam sobie ten eksperyment za każdym razem, kiedy znajdę kolejną rzecz, zjawisko, które mnie zafascynuje, dla którego tracę głowę. To rodzaj gry, która ma na celu pozbawienie złudzeń. Może brzmieć masochistycznie, ale jest też fun. Szukanie dziury w całym, rozdrapanie rany, włos w jedzeniu, rozmazana szminka, rysa na lakierze, źle zagrana nuta; szczegół burzący całość. Dla mnie ten właśnie szmer stanowi o pięknie i sensie. Życie w przekonaniu, że jest na świecie Ktoś czy Coś niezaprzeczalnego, idealnego, że istnieje Prawda ponad wszystko jest tak zgubne, że aż niebezpieczne. Ciągle się łapię na tym, że wpadam w zasadzkę, coś mnie pochłania i będę tego bronić do utraty tchu. Niech to będzie postawa wobec jakiegoś tematu (ostatnio, aż nadto przykładów), idea, pomysł na życie, uzasadnienie wydanych pieniędzy, usprawiedliwienie za nie/zrobienie czegoś. Pięknie jest dawać z siebie wszystko, a potem zdać sobie sprawę z błahości tematu. „Co ja myślałam?” „Po co to mówiłam?”. I wówczas następuje oczyszczenie, spokój, szczęście.

Belgowie bardzo szybko przeszli z fazy strachu i emocji, do spokoju i za to ich bardzo cenię. Czuję, że tu jest jakaś mądrość ludzkości, która potrzebowała kilku tysięcy lat, aby dojść do tego stadium. Dystans wobec siebie, wobec życia, wobec wszystkiego złego i dobrego co się dzieje, a na co nie mamy wpływu. Humor przyjmuje nowe formy ekspresji i staje się ponadnarodowy, ponadterytorialny. Nieidelny świat z nieidealnymi ludźmi, którzy robią nieidealne rzeczy jest jedynym jaki mamy. W taki będę wierzyć i w taki będę wątpić.

brussels-cat

brussels-lockdown-11

YgLIkAu

police

Odpowiedź Policji Federalnej „Dziękujemy”