My, wieczni tłumacze

pexels-photo

Każdy kto nie mieszka w swoim kraju jest tłumaczem. Tłumaczem w całym, szerokim tego słowa znaczeniu. Powiedzmy sobie szczerze, że język polski, z całym szacunkiem i miłością jaką do niego pałam, poza Polską, na niewiele się zdaje. Kontakty z innymi Polakami mogą być bardzo owocne i potrzebne, fajnie jest sobie wspólnie ponarzekać i porównać jak to tu, jak to tam; w miejscach z większą ilością Polonii też może być użyteczny, ale koniec końców zamykanie się i tkwienie w wąskim, polsko-kulturowym światku jest męczące i nie o to chodzi, po co w takim razie w ogóle z tej Polski było nam wyjeżdżać?

Trzeba poznać nowy język, albo dwa albo trzy, albo pięć; a wraz z językiem zwyczaje, kontekst kulturowy, niuanse i drobnostki, a wszystko to nie jest tak łatwo przetłumaczalne na inne języki i kultury. Inność fascynuje i irytuje, wywraca nasze standardy, wyobrażenia i zasady do góry nogami, wszystko, co już wiedzieliśmy, trzeba poznać od nowa, przewartościować, przecierpieć, zagryźć zęby i stawić mu czoła.

Odkąd wyjechałam z Polski, jestem wiecznym tłumaczem. Polakom tłumaczę jaki jest Meksyk, skąd w Meksykanach ta radość życia, dlaczego rodzina jest tak ważna, czemu wszyscy się spóźniają i dlaczego nikt się nie irytuje, czemu nikt niczego nie planuje i jak się żyje z dnia na dzień. Meksykanom tłumaczę Polskę, skąd oschłość i dystans w pierwszym kontakcie i miłość po pierwszym shot-cie wódki, jak ważne są przyjaźnie, dlaczego na zaproszenia trzeba odpowiadać, przyjść na czas, a do tego jeszcze przynieść jakiś prezent; i tak dalej i tak dalej.

W Stanach tłumaczę Polskę, Meksyk, a potem to samo w druga stronę. Nie wystarczy powiedzieć Stany=kapitalizm, bo to nie jest ten sam kapitalizm. Kapitalizm zupełnie inaczej kształtował się w Polsce, inaczej w Meksyku i inaczej tutaj, a każdy z krajów jest też na innym etapie jego rozwoju, to ma znaczenie! I ma ogromny wpływ na społeczeństwo i relacje z ludźmi. Wszystko opiera się na drobnostkach, które powoli składają się w jakąś większą całość. Wychwycić te drobnostki to nie lada wyczyn. Żeby być dobrym tłumaczem, trzeba najpierw samemu to dobrze zrozumieć, poukładać, wymaga to wielu nerwów, kłótni i przede wszystkim czasu.

Mój mózg myśli w trzech językach jednocześnie. Inaczej już nie umiem. Kiedy jakaś myśl mnie nurtuje, zaczynam się nad tym zastanawiać w każdym języku. Gdy nad czymś intensywnie myślę, często wyobrażam sobie osobę, której chciałabym to opowiedzieć, np. moją przyjaciółkę w Polsce, wtedy myślę po polsku. Ale potem myślę, o mojej Pani profesor z Meksyku, i przestawiam się na hiszpański, jak bym jej to przedstawiła nie tylko dobierając odpowiednie słowa, ale też myśli. Myślę ‘po meksykańsku’ z całym meksykańskim kontekstem historyczno-kulturowym, przenoszę się na inny poziom, dobrze dobrane słowa mają znaczenie, ale trzeba też wziąć pod uwagę cały bagaż niuansów i osadzić to w innej rzeczywistości. I tak w każdą stronę. Polski, angielski, hiszpański, Polska, Stany, Meksyk…Czy ktoś też tak ma czy to jakaś moja prywatna schizofrenia?

Myślę w trzech językach i trzech perspektywach. W każdym języku jestem też nieco inna, o czym już tu pisałam. Czasem zapominam jak to jest być tylko jedną osobą, bez tego całego roztrojenia, bez tych wszystkich kontekstów, bez autotłumacza, który włącza się podświadomie. Czasem marzę, aby odnaleźć w głowie przycisk ‘off’ i być tylko jedną częścią siebie. Jakie to musiało być przyjemne, kiedy rzeczy i sytuacje znaczyły tylko jedno i to samo, i nic więcej.

My, migranci, ekspaci, wymieńcy, nomadzi i podróżnicy, jesteśmy i zawsze będziemy tłumaczami różnych rzeczywistości. Będziemy się gubić w relatywizmie i błąkać między światopoglądami i wartościami. Będziemy spotykać ‘innego’ zawsze i wszędzie, przeglądać się w jego twarzy i weryfikować samych siebie. Będziemy szukać prawdy, która będzie się zmieniać nieustająco, bo w każdym miejscu i czasie, języku i kulturze, będzie inna. Będziemy płakać i krzyczeć, bo nie będziemy rozumieć, choć już nam się wydawało, że zrozumieliśmy raz na zawsze. Będziemy iść dwoma, trzema, czterema drogami na raz i w zupełnie innych kierunkach. Da się. Czuję się tak mniej więcej przez 80% czasu.

Będziemy mieć też małe chwile olśnienia i spokoju, kiedy jakimś dziwnym trafem, wszystko układać się będzie w całość. Kiedy będziemy dostrzegać, że ponad tym całym kulturowym patchworkiem, maglem i chaosem, istnieje poziom gdzie to wszystko nie ważne, gdzie się da, gdzie coś nas wszystkich łączy i jesteśmy tacy sami. To tylko momenty, ale to one przynoszą mi spokój i wytchnienie. A w międzyczasie trzeba pisać własny słownik, błądzić, przekreślać, podkreślać, próbować, przepisywać, dopisywać, wyrywać kartki i zaczynać od nowa.

StockSnap_MFFX4ZPUMM

Reklamy

6 uwag do wpisu “My, wieczni tłumacze

  1. Jest jak piszesz. Mam tylko 2 języki w głowie, ale te stany nie są mi obce. Brak mi czasem słów i odpuszczam, ale żal mi, że nie mogę do końca i wszystkiego wytłumaczyć. Z drugiej strony uważam, że to nasza wygraną. Mamy większy wybór.

    Polubienie

    • Widzimy więcej i myślę, że możemy więcej przez to zrozumieć. Nawet jeśli czasem brakuje słów, to możemy się wyrazić na różne sposoby i to na pewno jest zawsze na plus.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s