Ty wiesz jak mnie kochać

Tęsknota przychodzi znienacka. Nie zawsze w momentach kryzysu, czy smutku. Czasem wszystko jest okej, oględnie poukładane i na swoim miejscu. I nagle bum.

Wczoraj, od piosenki do piosenki, oglądaliśmy koncerty i teledyski (co często nam się zdarza). Pokazywaliśmy koledze parę hitów i klasyków meksykańskiej muzyki i nagle natknęliśmy się na nową piosenkę Natalii Lafourcade.

Sekunda po sekundzie, moje serce zaczyna pompować krew coraz szybciej i szybciej, komórki w ciele stopniowo poruszają się w rytm muzyki, ręce nie mogą wytrzymać w bezruchu i najpierw delikatnie, a po chwili z całym impetem wybijają rytm bębna. W głowie pojawiają się tysiące wspomnień, jedno za drugim i kilkanaście na raz, jakby ktoś chciał pokazać mi wszystkie momenty szczęścia i nieszczęścia, kawał życia, które już minęło, ale ciągle jest obecne. Gęsia skórka jakby przenika z powierzchni skóry i przechodzi na każdy skrawek ciała. Na te kilka minut wszystko się zatrzymuje, a ja wchodzę na poziom rzeczywistości, gdzie rządzą emocje i wspomnienia, gdzie po prostu wszystko ma sens i jest tak jak być powinno.

Meksyk jest niezaprzeczalną częścią mnie i mojej osobowości, ale nie przypuszczałam, że może on poruszać we mnie dokładnie te same struny, co Polska. A jednak może, w samo serce, dokładnie tak jak Osiecka i Grechuta, kto by pomyślał?

I do tego piosenka, której nigdy wcześniej nie słyszałam, która z niczym nie powinna mi się kojarzyć, a której brzmienie i obraz przedstawiają wszystko czym był i jest dla mnie Meksyk. Tańczyłam do niej, śpiewałam ją i czułam przez tyle lat. Cieszę się, że się wreszcie pojawiła, bo będzie kolejną rzeczą, która będzie mi przypominać, gdzie leży serce moje…a z pewnością jego wielka część.

A o moim pożegnaniu z Meksykiem -> tu.

Natalia Lafourcade ‘Tú sí sabes quererme’ (‘Ty wiesz jak mnie kochać’)

Reklamy

My, wieczni tłumacze

pexels-photo

Każdy kto nie mieszka w swoim kraju jest tłumaczem. Tłumaczem w całym, szerokim tego słowa znaczeniu. Powiedzmy sobie szczerze, że język polski, z całym szacunkiem i miłością jaką do niego pałam, poza Polską, na niewiele się zdaje. Kontakty z innymi Polakami mogą być bardzo owocne i potrzebne, fajnie jest sobie wspólnie ponarzekać i porównać jak to tu, jak to tam; w miejscach z większą ilością Polonii też może być użyteczny, ale koniec końców zamykanie się i tkwienie w wąskim, polsko-kulturowym światku jest męczące i nie o to chodzi, po co w takim razie w ogóle z tej Polski było nam wyjeżdżać?

Trzeba poznać nowy język, albo dwa albo trzy, albo pięć; a wraz z językiem zwyczaje, kontekst kulturowy, niuanse i drobnostki, a wszystko to nie jest tak łatwo przetłumaczalne na inne języki i kultury. Inność fascynuje i irytuje, wywraca nasze standardy, wyobrażenia i zasady do góry nogami, wszystko, co już wiedzieliśmy, trzeba poznać od nowa, przewartościować, przecierpieć, zagryźć zęby i stawić mu czoła.

Odkąd wyjechałam z Polski, jestem wiecznym tłumaczem. Polakom tłumaczę jaki jest Meksyk, skąd w Meksykanach ta radość życia, dlaczego rodzina jest tak ważna, czemu wszyscy się spóźniają i dlaczego nikt się nie irytuje, czemu nikt niczego nie planuje i jak się żyje z dnia na dzień. Meksykanom tłumaczę Polskę, skąd oschłość i dystans w pierwszym kontakcie i miłość po pierwszym shot-cie wódki, jak ważne są przyjaźnie, dlaczego na zaproszenia trzeba odpowiadać, przyjść na czas, a do tego jeszcze przynieść jakiś prezent; i tak dalej i tak dalej.

W Stanach tłumaczę Polskę, Meksyk, a potem to samo w druga stronę. Nie wystarczy powiedzieć Stany=kapitalizm, bo to nie jest ten sam kapitalizm. Kapitalizm zupełnie inaczej kształtował się w Polsce, inaczej w Meksyku i inaczej tutaj, a każdy z krajów jest też na innym etapie jego rozwoju, to ma znaczenie! I ma ogromny wpływ na społeczeństwo i relacje z ludźmi. Wszystko opiera się na drobnostkach, które powoli składają się w jakąś większą całość. Wychwycić te drobnostki to nie lada wyczyn. Żeby być dobrym tłumaczem, trzeba najpierw samemu to dobrze zrozumieć, poukładać, wymaga to wielu nerwów, kłótni i przede wszystkim czasu.

Mój mózg myśli w trzech językach jednocześnie. Inaczej już nie umiem. Kiedy jakaś myśl mnie nurtuje, zaczynam się nad tym zastanawiać w każdym języku. Gdy nad czymś intensywnie myślę, często wyobrażam sobie osobę, której chciałabym to opowiedzieć, np. moją przyjaciółkę w Polsce, wtedy myślę po polsku. Ale potem myślę, o mojej Pani profesor z Meksyku, i przestawiam się na hiszpański, jak bym jej to przedstawiła nie tylko dobierając odpowiednie słowa, ale też myśli. Myślę ‘po meksykańsku’ z całym meksykańskim kontekstem historyczno-kulturowym, przenoszę się na inny poziom, dobrze dobrane słowa mają znaczenie, ale trzeba też wziąć pod uwagę cały bagaż niuansów i osadzić to w innej rzeczywistości. I tak w każdą stronę. Polski, angielski, hiszpański, Polska, Stany, Meksyk…Czy ktoś też tak ma czy to jakaś moja prywatna schizofrenia?

Myślę w trzech językach i trzech perspektywach. W każdym języku jestem też nieco inna, o czym już tu pisałam. Czasem zapominam jak to jest być tylko jedną osobą, bez tego całego roztrojenia, bez tych wszystkich kontekstów, bez autotłumacza, który włącza się podświadomie. Czasem marzę, aby odnaleźć w głowie przycisk ‘off’ i być tylko jedną częścią siebie. Jakie to musiało być przyjemne, kiedy rzeczy i sytuacje znaczyły tylko jedno i to samo, i nic więcej.

My, migranci, ekspaci, wymieńcy, nomadzi i podróżnicy, jesteśmy i zawsze będziemy tłumaczami różnych rzeczywistości. Będziemy się gubić w relatywizmie i błąkać między światopoglądami i wartościami. Będziemy spotykać ‘innego’ zawsze i wszędzie, przeglądać się w jego twarzy i weryfikować samych siebie. Będziemy szukać prawdy, która będzie się zmieniać nieustająco, bo w każdym miejscu i czasie, języku i kulturze, będzie inna. Będziemy płakać i krzyczeć, bo nie będziemy rozumieć, choć już nam się wydawało, że zrozumieliśmy raz na zawsze. Będziemy iść dwoma, trzema, czterema drogami na raz i w zupełnie innych kierunkach. Da się. Czuję się tak mniej więcej przez 80% czasu.

Będziemy mieć też małe chwile olśnienia i spokoju, kiedy jakimś dziwnym trafem, wszystko układać się będzie w całość. Kiedy będziemy dostrzegać, że ponad tym całym kulturowym patchworkiem, maglem i chaosem, istnieje poziom gdzie to wszystko nie ważne, gdzie się da, gdzie coś nas wszystkich łączy i jesteśmy tacy sami. To tylko momenty, ale to one przynoszą mi spokój i wytchnienie. A w międzyczasie trzeba pisać własny słownik, błądzić, przekreślać, podkreślać, próbować, przepisywać, dopisywać, wyrywać kartki i zaczynać od nowa.

StockSnap_MFFX4ZPUMM