Być sama ze sobą

Emigracja uczy samotności. Uczysz się być sama ze sobą, znosić swoje humory i niedoskonałości. Poznajesz siebie od tej najbardziej intymnej strony – słabego, anonimowego, bez bezinteresownego wsparcia rodziny i przyjaciół. Radź sobie.

Trudno jest znosić swoją samotność, bo trudno jest znosić siebie samego, w całej okazałości; bez rozproszenia, bez telefonu do przyjaciela, bez rad i dzielenia się każdą bzdurą. Trudno jest nie być nikomu niezbędnym, albo chociaż potrzebnym, nie podzielić się radą, nie dawać komuś na co dzień radości, tylko dlatego, że się jest, że się słyszy czyiś głos. Trudno jest przestać słyszeć „jezu, jak dobrze, że jesteś”.

Hartujemy się, próbujemy odnaleźć swoje małe miejsce w wielkim świecie, próbujemy budować przyjaźnie, albo chociaż znajomości. I na szybko, bo czasu nie ma. Nie mamy miesięcy czy ba, lat, aby kogoś poznać „na dobre i złe”. Musimy przewartościować swoje wymagania, wystarczy, że jest „spoko”, „miło”, „fajnie”, te chwile znaczą więcej niż „na zawsze” i „ponad wszystko”. Stają się cenne, stają się najważniejsze.

Na emigracji ciągle wszystko weryfikuję, a przede wszystkim siebie, kim jestem? Bo jestem kim innym w Meksyku, w Teksasie, w Chicago. Wpasowuję się w inne szufladki i walczę z innymi stereotypami. W każdym miejscu trzeba się odnaleźć na nowo. I nie tylko ja, sama ze sobą, ale z całym światem i kim jestem dla tego świata tym razem. Jestem Polką. Ale Polką-Polką? Czy Polką-Amerykanką? Gdzie się urodziłam..ale ile dokładnie lat w Polsce mieszkałam? Na jakiej jestem wizie? To wszystko nagle jest tak bardzo istotne, trzeba mnie jakoś sklasyfikować. Ale jeszcze Meksyk, i meksykański mąż. Czy jestem dwujęzyczna? Trójjęzyczna? Czy jestem tu na zawsze? To wszystko nagle takie skomplikowane.

Jestem sama ze sobą 24h na dobę. No dobra, czasem 12, a czasem całymi dniami, tygodniami, miesiącami. I choć przez ekran komputera rozmawiam z całym światem, to tego nie czuć. Dzielę się szczęściem. Szczęście jest wspaniałe, bo można je rozpoznać od razu. Zdjęcie, cyk, filtr, 2 słowa, 3 komentarze i widać szczęście. Wszyscy je znamy. Jest na talerzach z pysznościami, w słońcu, na plaży, w podróży, w uśmiechu. Nie trzeba nawet komentarzy, wystarczy hasztag. Ze smutkiem trochę gorzej. Nie ma dobrych filtrów, esencji nie ubierze się w kilka słów, no i kto by chciał to w ogóle czytać?

Emigracja to jak patrzenie w lustro całymi dniami na swoją twarz bez makijażu, słuchanie własnego pogłosu w słuchawce, odpowiadanie na te same pytania, ciągłe zastanawianie się „co ja tu robię?”, „po co mi to było?”.

A potem przychodzi kolejny dzień, i wszystko znowu ma sens, jest jakoś lepiej, jakoś piękniej, i ja w tym lustrze jakaś taka ładniejsza. Już trochę lepiej się znoszę, już się lepiej poznałam, już znam trochę te swoje humory, już się przyzwyczajam do siebie. Choć nikt mi dziś nie powie „jak dobrze Cię widzieć”, „jak fajnie, że jesteś”, to i tak jest dobrze. Wolność ma swoją cenę. Mam swoją wolność, mogę wszystko. Płacę za nią łzami i hasztagami.

Ważne, żeby tylko nie zwariować.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Być sama ze sobą

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s