Kiedyś były dowcipy, dziś są memy

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że już dawno nikt nie opowiedział mi żadnego dowcipu. Choć sama jestem bardzo słaba w opowiadaniu dowcipów, to jednak były czasy, kiedy kilka się znało i przy okazji w towarzystwie rzucało. Jestem już w wieku gdy mogę spokojnie powiedzieć „kiedyś to…” (nawet jeśli chodzi mi o 10 lat wstecz) i zdać sobie sprawę jak bardzo rzeczywistość się zmienia.

Kiedyś znaliśmy i opowiadaliśmy dowcipy, dziś szerujemy memy. Memy pełnią tę samą funkcję, z tym, że są dużo bogatsze, bo posługują się obrazem, tekstem, a czasem nawet dźwiękiem (czy memy przyszłości będą miały smak i zapach?). Taki mem daje dużo większe pole do popisu. Do tego, każdy może go stworzyć i się nim podzielić ze światem w kilka chwil. Kocham memy i kreatywność ludzi i uważam, że nic, tak subtelnie jak one, nie stanowi o sensie naszego istnienia. Śmiech, groteska, karykatura, ironia, to dla mnie większa broń czołg pancerny. Humor sięga dużo dalej i dotyka głębiej niż kule (Charlie Hebdo), przez co należy się z nim obchodzić bardzo ostrożnie. Z drugiej strony, może być jak najtrwalsza zbroja. Ktoś kto ma dystans do siebie, swoich wad, kto jest w stanie każde wierzenie, teorię, pragnienie zamienić w żart czy poddać w wątpliwość, tego nic i nikt nie zniszczy.

Kiedy przeczytałam, że podczas obławy w Brukseli, Belgowie postanowili udostępnić zdjęcia kotów, zamiast dzielić się informacjami z akcji policji, moje serce zabiło mocniej. Poczułam, że to całe życie jednak ma sens. Że „wartości Europejskie” o których tyle się teraz mówi właśnie na tym polegają. Że doszliśmy do tego momentu w historii, że człowiek od nowa zaczyna kochać to życie, celebrować moment i śmiać się ze wszystkiego. Ta wolność ducha i spokój, humor i dystans, nawet w kryzysowym momencie, jest dla mnie potwierdzeniem wszystkiego w co gdzieś w głębi wierzę. Wiara, że można inaczej, że trzeba inaczej i że tak wielu też tak czuje.

Na zajęciach z socjologii mieliśmy za zadanie wybrać jakieś zjawisko kulturowe, albo cokolwiek związanego z kulturą co uwielbiamy – zespół muzyczny, hobby, sposób spędzania czasu, itd. Coś w co się angażujemy i kochamy i…skrytykować to konstruktywnie na różnych płaszczyznach, głównie pod względem konsumpcjonizmu. Ja wówczas wymyśliłam jedzenie, a raczej gotowanie. Cóż złego w gotowaniu? Przecież, żeby żyć, musimy jeść. Nie da się temu zaprzeczyć. Ale czy dziś jemy po to żeby żyć?

Co jemy? Jak jemy? Ile na to wydajemy? Ile sprzętów musimy kupić, żeby pewne dania przygotować? Do czego wiedzie nas ciągłe poszukiwanie nowych smaków? Mody jedzeniowe, mody na dania, kuchnie, produkty, wykluczenie społeczne i aprobata, sposób podania, sztućce czy pałeczki? Jaki kieliszek? Jaki rocznik? Jaka marka? W jakim towarzystwie? Czy rzeczywiście chodzi tylko o jedzenie dla przeżycia?

Okryłam cały nowy świat. Powtarzam sobie ten eksperyment za każdym razem, kiedy znajdę kolejną rzecz, zjawisko, które mnie zafascynuje, dla którego tracę głowę. To rodzaj gry, która ma na celu pozbawienie złudzeń. Może brzmieć masochistycznie, ale jest też fun. Szukanie dziury w całym, rozdrapanie rany, włos w jedzeniu, rozmazana szminka, rysa na lakierze, źle zagrana nuta; szczegół burzący całość. Dla mnie ten właśnie szmer stanowi o pięknie i sensie. Życie w przekonaniu, że jest na świecie Ktoś czy Coś niezaprzeczalnego, idealnego, że istnieje Prawda ponad wszystko jest tak zgubne, że aż niebezpieczne. Ciągle się łapię na tym, że wpadam w zasadzkę, coś mnie pochłania i będę tego bronić do utraty tchu. Niech to będzie postawa wobec jakiegoś tematu (ostatnio, aż nadto przykładów), idea, pomysł na życie, uzasadnienie wydanych pieniędzy, usprawiedliwienie za nie/zrobienie czegoś. Pięknie jest dawać z siebie wszystko, a potem zdać sobie sprawę z błahości tematu. „Co ja myślałam?” „Po co to mówiłam?”. I wówczas następuje oczyszczenie, spokój, szczęście.

Belgowie bardzo szybko przeszli z fazy strachu i emocji, do spokoju i za to ich bardzo cenię. Czuję, że tu jest jakaś mądrość ludzkości, która potrzebowała kilku tysięcy lat, aby dojść do tego stadium. Dystans wobec siebie, wobec życia, wobec wszystkiego złego i dobrego co się dzieje, a na co nie mamy wpływu. Humor przyjmuje nowe formy ekspresji i staje się ponadnarodowy, ponadterytorialny. Nieidelny świat z nieidealnymi ludźmi, którzy robią nieidealne rzeczy jest jedynym jaki mamy. W taki będę wierzyć i w taki będę wątpić.

brussels-cat

brussels-lockdown-11

YgLIkAu

police

Odpowiedź Policji Federalnej „Dziękujemy”

 

Reklamy

Dziś są moje urodziny

Będąc z dala od wszystkiego co bliskie i wszystkich, którzy normalnie pojawiliby się na urodzinowej kolacji, albo zapukali do drzwi z urodzinową niespodzianką; przychodzi czas na refleksję.

Bóg Facebook. Można mówić, co się chce – że to nie to samo, że Facebook podpowiada, bo nikt nigdy nie pamięta, że wirtualne relacje zabijają te w realu, że to sztuczne. Jednak, gdy jesteś na drugim końcu świata, te kilka słów, a jeśli więcej niż kilka to jeszcze milej, sprawia, że jest ci jakoś tak lepiej. Skumulowana fala życzeń, lajków i pozdrowień daje dużego kopa. Wiem, to tylko lajki, tylko „sto lat”, czasem impuls, przez który ktoś złoży życzenia, żeby tylko je złożyć. Ale czasem też, gdy pojawi się jakieś wspomnienie od dawno nie widzianej osoby, gdy jest jakaś osobista refleksja, czy życzenia napisane specjalnie dla ciebie od osoby zupełnie „z boku”, z którą nie rozmawiasz; czujesz, że nawet bez stałego kontaktu istniejesz w innych świadomościach. To jest bardzo miłe – czuć, że gdzieś jeszcze się istnieje. Gdzieś indziej niż tu i teraz, bez potrzeby przypominania o sobie i bycia zawsze pod telefonem. Ktoś gdzieś o tobie pomyśli, nawet jeśli okaże ci to tylko tego jednego dnia. Czasem takie niespodziewane życzenia dają do myślenia. Jak zdjęcie, które zrobi ci nieznajomy. Jak na nim wychodzisz? Z jakiego kąta jest zrobione? Jaki filtr ma nałożony?

Czuję, że żyję w tak wielu miejscach, błąkam się gdzieś, w czyichś wspomnieniach, myślach…A inni są i żyją w moich. Gdy o tym myślę, jest trochę cieplej, trochę lżej, już nie tak samotnie.
Dziękuję.

Alternator trip

Kontynuując historię naszego poczciwego Clio, dochodzimy do momentu, kiedy nagle coś zaczęło szumieć, stukotać, aż pewnego dnia przestało działać. Po przebyciu takiej podróży jako samochód towarowy oraz kolejnych 3 miesiącach jeżdżenia po płonących teksańskich szosach, Clio odmówiło posłuszeństwa. No cóż, bywa. Dociągnęło do pierwszego lepszego warsztatu, gdzie okazało się, że jakieś rury, coś i…alternator.

Nie byłoby żadnego problemu gdybyśmy byli w Meksyku, kupujemy nowy lub używany, kilka godzin i jak nowe! Jednak niestety, nikt nam nie powiedział, że w Stanach Zjednoczonych Ameryki, w tym cudownym kraju gdzie można wszystko, nie można dostać alternatora do Ranault Clio, bo Renault w ogóle nie istnieje…Nie ma, nie znają, a jak nie ma, to nie ma też części. Clio utknęło w warsztacie, a ja w domu.

Już pisałam, ale napiszę raz jeszcze, San Antonio bez samochodu jest zmorą. To nie jest miasto, choć ma prawie 1,5 mln mieszkańców. To magni-prowincja, z małym i ładnym down town, osiedlami identycznych domków z kartonu (o tym niebawem) połączonymi ze sobą autostradami. Do centrum dojeżdżam samochodem w 15 min, choć to 25 km od domu, i jak na odległości jakie się tu pokonuje, to i tak całkiem blisko. Jednym słowem, bez samochodu nie ma bata!

Ponieważ miałam egzaminy i parę spraw do załatwienia, musiałam przesiąść się na transport publiczny. Jest to ciekawe zjawisko, o którym też kiedy indziej opowiem – autobusy z wifi, licznymi miejscami dla wózków i niepełnosprawnych; nowoczesne i szybkie. Gdyby nie to, że jeżdżą raz na pół godziny, a pasażerowie to najniższa i niezbyt myjąca się klasa społeczna, to byłoby jak w raju.

Nie ma co, trzeba jak najszybciej załatwić alternator. Przesłanie go pocztą z Meksyku było pierwszym pomysłem. Ale niestety, firmy handlujące tańszymi używanymi częściami nie wysyłają nic za granicę (jak się później okazało, autoryzowane Renault też nie). Potem inna opcja – Nuevo Laredo. Bratnie miasto przygraniczne amerykańskiego Laredo, najbliższa granica z San Antonio, ok 2,5h drogi. Obdzwoniłam wszystkie warsztaty, nikt nie ma takiego alternatora, ani nikomu się specjalnie nie chce go sprowadzać.

Jeszcze tylko wspomnę. To nie jest tak, że po prostu „poproszę alternator do Renault Clio” (czemu tak nie jest?!?!). Musi się zgadzać rocznik samochodu, marka alternatora (Bosch albo coś tam) oraz numer alternatora. Jakby nie można było produkować jednego?!

Musimy iść o krok dalej – Monterrey. Jest! Warsztat ma alternator, identyczny, używany, sprawny, dobra cena, mogę przyjechać i zamienić mój na „nowy”. Żeby nie było, trasa to prawie 500 km, ok 7 h jazdy, plus granica. Jeśli wyjadę w nocy, dojadę rano, zamienimy, wracam tego samego dnia, damy radę.

Jadę autobusem z jednym, niedużym plecakiem, w którym mam kurtkę, kanapeczki na drogę, 10-kilogramowy alternator i 2 rury do chłodnicy (też się zepsuły i nie można dostać w USA).

W głowie obmyślam jak się wytłumaczyć celnikom na granicy. Już raz przejeżdżałam przez tę granicę autokarem, z Meksyku do SA, kiedy były wakacje i nie było biletów samolotowych. 9h stania na granicy, najpierw w autokarze, potem kolejki po kartę wjazdu do Stanów, upał, tysiące ludzi, koszmar. Powiedziałam sobie „nigdy więcej”. Ale jak wiadomo, nigdy nie wiadomo.

O 2 am dojechaliśmy do granicy, tym razem „tylko” 5h czekania. Tak jak przejeżdżając samochodem za pierwszym razem, obładowani po dach i 2 m nad dachem, przejechaliśmy w 5 min, bez sprawdzania, bez żadnych pytań; tak gdy przejeżdżasz autokarem, musisz wyjść, czekać w kolejkach, wziąć wszystkie manatki i przepuścić je przez skaner.

Stałam o 5 am z moim 10-cio kilogramowym plecakiem, alternatorem, który szczerze mówiąc, jak ktoś się nie zna, to wygląda jak bomba; myśląc – „przejdę czy nie przejdę?”.

W głowie miałam całą, piękną historię, „że Clio”, „że nie ma Renaul”, „że to jedyna możliwość”, itp. Ku mojemu zaskoczeniu, plecak przejechał bez mrugnięcia okiem.

Ale jak to?! Nic? Ani słowa, ani dziwnego spojrzenia, ani jednego pytania? Celnicy mieli mnie w głębokim poważaniu; mnie i mój alternator. Skupili się za to na jednej babuszce, u której znaleźli w walizkach kilogramy ciuchów, zdecydowanie nie w jej rozmiarach ani guście. Babuszkę zatrzymano za niezgłoszenie przewożonych ubrań, jednym słowem – przemyt, nie wiadomo co się z nią dalej działo.

Wsiadając do autokaru, który przejeżdża przez granicę amerykańsko-meksykańską, wyobrażamy sobie (a przynajmniej ja sobie wyobrażałam) bandę cholos, rzezimieszków, ciemnych typów jadących za chlebem. Otóż nic bardziej mylnego. Zarówno w jedną, jak i drugą stronę jadą praktycznie samy kobiety. Głównie babcie, odwiedzające i wracające z odwiedzin u swoich dzieci i wnuków. Matki z maluchami na rękach, kobiety z ogromnymi walizkami, przywożące i zawożące tony dobroci w obie strony. I ja, Polka szmuglująca alternatory.

Dotarłam do Monterrey, znalazłam warsztat, wymieniłam alternatory i rury. Wracam.

W drugą stronę może być weselej. Po pierwsze kolejki, po drugie, to jednak TA granica jest lepiej strzeżona, a ja mam w plecaku alternator wyglądający jak bomba.

Poszło szybko, 10 minut (wow!) i już przy skanerze. Mój plecak przejeżdża, historia w głowie idealnie ułożona, z niecierpliwością czekam na reakcję celnika. Celnik mruży oczy i zabiera plecak. „AHA! Wiedziałam!”.

„Czy to Pani plecak?” – zadaje pytanie z kamienną twarzą.

„Tak, zaraz wszystko wytłumaczę!” – zaczynam się lekko denerwować.

„Czy ma Pani ze sobą jakieś owoce?” – pyta.

Owoce?!

„Tak, mam jabłko, zapomniałam” – odpowiadam.

„Proszę je wyjąć, przewożenie ze sobą owoców jest nielegalne

Wyjęłam, zabrali.

„To wszystko”.

:O

Byłam bardzo zawiedziona…

PS. Dodam tylko, że jabłko jechało ze mną ze Stanów, po prostu nie zdążyłam go zjeść, miało nawet amerykańską naklejkę.

PPS. Okazało się, że alternator nie działał. Musiałam jechać drugi raz po kolejny. Tym razem nowy.