Skąd jesteś?

Niby proste pytanie, jednak wszystko zależy od czasu, miejsca i pytającego. To chyba najczęstsze pytanie jakie zadają mi od ostatnich lat. Słyszę je chyba nawet częściej niż podstawowe „jak masz na imię?”. I nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli mieszkasz na obczyźnie, jeśli się w jakiś sposób wyróżniasz, a w Meksyku było to widoczne nawet bez rozmowy; mówisz innym akcentem, co zwraca uwagę w Stanach, naturalnym jest, iż Twój rozmówca jest zaciekawiony i w głowie już próbuje odgadnąć kraj Twojego pochodzenia. Jest to także dobry punkt zaczepienia do rozpoczęcia pierwszej rozmowy.

Tak jak w Meksyku nie miałam z tym większych problemów, byłam Polką mieszkającą w Meksyku, z meksykańskim chłopakiem; tak teraz od tych dwóch miesięcy sprawa zaczyna mi się trochę komplikować. Na początek idą dokumenty i formalności. Przy wjazdach/wyjazdach z kraju trzeba zawsze gdzieś wpisać „miejsce zamieszkania” (residencia). Przeprowadzając się do Meksyku, na początku wpisywałam Polskę z moim polskim adresem zameldowania, potem stopniowo, głównie po wyrobieniu sobie wizy, przestawiałam się na mój meksykański adres, aż zaczęłam wpisywać Meksyk jako miejsce zamieszkania. Teraz gdy mam już swoją wizę w Stanach, znów przy wjazdach/wyjazdach przestawiam się psychicznie na nowy kraj zamieszkania, choć jeszcze do końca się nie przestawiłam (na Fejsbuku, jeśli jest to jakiś wyznacznik dzisiejszych czasów, wciąż jestem w Meksyku).

Odkąd jestem w Stanach, mam problem z odpowiedzią na pytanie „Skąd jesteś?”, a już na pewno mam z tym problem podczas wizyt w Meksyku (np. teraz). Czuję, że odpowiedź „z Polski”, choć jest niepodważalna i prawdziwa, nie jest już dla mnie wystarczająca. W Meksyku, Polska definiowała mnie i mówiła o mnie wiele, wystarczyło dopowiedzieć, że mieszkam tu już kilka miesięcy, lat, ale mój rozmówca już ma swoją ideę, zdefiniował „obcego”, wie z kim ma do czynienia. Teraz, w Stanach, szczególnie w Teksasie, który ma tak silne związki z Meksykiem i Meksykanami, nie wystarcza mi odpowiedź „Jestem z Polski”. Od razu pojawiają się pytania „Jak tu trafiłaś?” Przecież nie przyjechałam do Stanów z Polski. Zawsze dodaję „ale przeprowadziłam się z Meksyku, gdzie mieszkałam przez ostatnie cztery lata”. Dopiero dorzucając Meksyk, czuję, że mówię o sobie minimalnie-wystarczająco. Nie jestem już tylko Polką.

Chyba nie istnieje określenie, a przynajmniej nie jest mi znane, na taki drugi zaadoptowany kraj, którego czujesz się częścią, choć oficjalnie jego częścią nie jesteś. Można mieć paszporty, narodowości i wizy, ale to nie zawsze to samo. To taki kraj, w którym czujesz się dobrze i swobodnie, w którym nie ważne gdzie, kiedy i z kim, ale jesteś „u siebie”. To taka kultura i ludzie, których rozumiesz. Ludzie, z którymi niejednokrotnie czujesz większą więź niż z rodakami. Będąc w Stanach, reaguję chyba z takim samym entuzjazmem zarówno na Polaków jak i na Meksykanów.
Ten kraj wybrany, zaadoptowany, z najróżniejszych powodów, bardziej lub mniej od Ciebie zależnych, staje się Twoją miłością i problemem w jednym. Nie wiem czy chcę go nazywać drugą ojczyzną, bo jednak ojczyzny się nie wybiera, tak jak nie wybiera się rodziców, a do nikogo poza moją mamą nie powiem „mamo”. Rozumiesz język, ale też niuanse językowe, ton i akcent, znasz piosenki i filmy, wiesz, co oznaczają symbole, wiesz co można, a czego nigdy nie wolno, wiesz kto jest „swój” a kto nie. Wiesz gdzie należy zachować ostrożność, a gdzie możesz się zrelaksować. Choć może nie przetłumaczysz rozmowy jak rasowy tłumacz, nie będziesz znać każdego wyrafinowanego słowa, to nie istotne, bo zrozumiesz doskonale o co chodzi, a nawet o co „nie chodzi”. Nie musisz wiedzieć wszystkiego, bo pewnie się nie da, ale masz obycie i pewne rzeczy po prostu wiesz i czujesz. Potrafisz wtopić się w tłum i nawet jak wyglądasz inaczej, to sprawisz, że nikt nie zwróci na ciebie uwagi i będą Cię mieli za swojego. Jak nazwać takie zjawisko? Przecież w dzisiejszych czasach to się zdarza tak często! Jeździmy, podróżujemy, kochamy, zostajemy. Może nie zawsze musi to być cały kraj, może czasem to tylko miasto, miasteczko, miejsce? Ale jest to całkowicie nasze miejsce, które sobie zaadaptowaliśmy, które Jest nasze, choć nie tam się urodziliśmy, ani nie wiąże nas z nim nic, co by było zapisane na papierze. Jest to silna więź, nie tylko zakochanie, nie tylko emocja, to coś dużo głębszego. To miejsce, które zrozumieliśmy, zaakceptowaliśmy z całym dobytkiem, z dobrami i przywarami, miejsce które kochamy, ale też potrafimy obiektywnie skrytykować i wiemy dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. To miejsce, które kochamy jak własny kraj, miłość podobna do tej rodzinnej – kocham, krytykuję, akceptuję, wybaczam. Taki właśnie jest dla mnie Meksyk.

Kiedy jestem tutaj, piszę z hostelu w Meksyku, gdzie co chwila ktoś się pyta „skąd jesteś?”, a ja odpowiadam „z Polski”, czuję, że nie mówię wszystkiego. Kiedy muszę wpisywać na karteczkach skąd przyjeżdżam i dokąd dalej jadę, mam problem. Czasem piszę, że z DF-u, czasem piszę z San Antonio. Gdy w kolejnej rubryce muszę wpisać kraj zamieszkania, nie mogę się jeszcze zdecydować. W miejscu pełnym podróżników, turystów, przejezdnych, niesamowitych ludzi szukających przygód, nie jestem i nie czuję się jednym z nich. Naprawdę czuję, że Oni przyjechali zwiedzić „mój kraj”. Nie jestem już turystą. Nie wiem kiedy przestałam nim być. Chyba jakoś po drugim roku mieszkania tu. Mój pierwszy rok 10 lat temu był rokiem pytań, niezrozumienia i akceptowania schematycznych wytłumaczeń. „Meksykanie są radośni, bo mają dużo słońca”; „Meksykanie są szarmanccy, bo otwierają drzwi, kupują kwiaty”; „Meksykanie są pracowici, bo pracują po godzinach”. I inne, w których jest wiele prawdy, ale dzisiaj odpowiedzi na te zagadnienia są o wiele bardziej złożone. W momencie kiedy pewne prawdy i wyjaśnienia przestały być dla mnie oczywiste, kiedy zaczęłam zauważać nie tylko to „piękno, muzykę, jedzenie i uśmiechniętych ludzi”, kiedy pod wycieraczką znalazłam brud i smród, a wiele z moich teorii musiałam przedefiniować; chyba właśnie wtedy przestałam być turystą, a zaczęłam od nowa uczyć się Meksyku, patrząc na niego już innymi oczami. Czuję się jego częścią, a on jest już częścią mnie, przyswojoną, adoptowaną, wybraną, jest nią.

Jestem Polką, jestem z Polski, moim drugim/przybranym krajem jest Meksyk. Wciąż szukam terminu, który zwięźle i odpowiednio odda moją meksykańskość.

Facundo Cabral, Argentyńczyk, który spędził wiele lat życia na wygnaniu, napisał tę piosenkę. Lubię ją w wykonaniu Chaveli Vargas, wielkiej „meksykańskiej” artystki. Jest taka anegdota, gdy Chavela rozmawia z dziennikarką:

Chavela: „Si, soy mexicana” (Tak, jestem Meksykanką)
Dz: “Chavela, pero usted nació en Costa Rica” (“Ależ Pani Chavelo, przecież urodziła się Pani w Kostaryce”)
Chavela: „Nosotros, los mexicanos nacemos donde nos da la rechingada gana” (My, Meksykanie rodzimy się tam gdzie nam się k… podoba”)

Nie jestem ani stąd, ani stamtąd

Lubię słońce i kobietę, gdy płacze
Lubię mewy i złe kobiety
Lubię otwierać balkony i okna
I lubię dziewczyny w kwietniu

Lubię wino tak samo jak kwiaty
Lubię kochanków, ale nie starszych panów
Uwielbiam zaprzyjaźniać się z łotrami
I lubię francuskie piosenki

Nie jestem ani stąd, ani stamtąd
Nie mam lat, ani przyszłości
I bycie szczęśliwą to jest mój kolor
To moja tożsamość

Lubię wylegiwać się na piasku
Lubię jeździć na rowerze i śledzić Manuelę
I lubię bez ustanku patrzeć w gwiazdy
Wraz z Marią gdzieś pośród zbóż

Nie jestem ani stąd, ani stamtąd
Nie mam lat ani przyszłości
I bycie szczęśliwą to jest mój kolor
To moja tożsamość

Reklamy

Pierogi z jagodami

Dzisiaj, w ten upalny teksański dzień, zjadłabym pierogi z jagodami. Cienkie ciasto, kwaśno-słodkie pierogi i zimna śmietana. To zdecydowanie smak, na który mam ochotę.

Zapewne, jeśli powiedziałabym teraz, przy jakiejś rozmowie, komuś w Polsce „zjadłabym pierogi z jagodami” to by mi trochę współczuł, “no niestety, przykro mi”, albo “oh, ja jadłem wczoraj, były pyszne”, itd. Kiedy jednak powiem komuś, kto jak ja od dłuższego czasu mieszka za granicą “dziś zjadłabym pierogi z jagodami”, oboje bez mrugnięcia okiem, czy zadrżenia palca na klawiaturze, będziemy doskonale wiedzieć o co chodzi. W naszych głowach pojawi się konkretne miesjce, wspomnienie, a może wyobrażenie; może to nasz dom w Polsce, może jakaś kwatera do której jeździmy na wakacje, może mieszknie babci. Na stole talerz, na talerzu pierogi, z jagodami. Widzimy ten krajobraz, ten pokój, to słońce, ten deszcz, ze wszystkimi szczegółami; czujemy zapachy, może jesteśmy z jakąś bliską osobą, czujemy się dobrze, wspaniale, szczęśliwie. Jemy pierogi z jagodami.

„Pierogi z jagodami” to platońska idea, sen, który nie może się ziścić. Budzisz się pewnego dnia i najzwyczajniej w świecie masz ochotę zjeść pierogi z jagodami. Robi ci się smutno, bo zdajesz sobie sprawę, że spośród wielu rzeczy które masz lub możesz mieć, pierogi z jagodami są właśnie tym czego mieć nie możesz. Smak pierogów z jagodami daje Ci poczucie bezpieczeństwa, reprezentuje szczęście w jego najprostszej formie, jest wyidealizowanym wspomnieniem, które czasami się pojawia, aby całkowicie zawładnąć Twoimi emocjami, ciałem i duszą.

Czemu akurat moje kubki smakowe wybrały pierogi z jagodami? Czyżbym się nimi objadała w Polsce? Czyżbym miała to jedno, konkretne wspomnienie z nimi związane? Czy ja w ogóle, aż tak lubię pierogi? Bynajmniej. Pierogi z jagodami to jeden z niewielu smaków, których nie jestem w stanie odtworzyć będąc tutaj. Moja masochistyczna wyobraźnia wybrała mi pierogi z jagodami, żeby wbić parę szpilek w moje kruche serce…tzn. mój kruchy żołądek. Właśnie dzisiaj bardzo chciałabym zjeść pierogi z jagodami.