Trudne początków początki

hajłej po ameican dream

Nowe życie, nowy blog. A tak naprawdę, mam teraz nadmiar wolnego czasu i niedomiar bliskich osób wokół, aby móc swobodnie przejść przez okres aklimatyzacji, nowe miejsce i nową rzeczywistość.

Po czterech bardzo intensywnych latach życia w Meksyku, w momencie kiedy już wreszcie wszystko się ułożyło, zaczęło kiełkować, miałam pracę, znajomych, zajęcia i wszystko, co chciałam, przyszedł czas na zmianę. W związku z pracą mojego narzeczonego, przeprowadziliśmy się do Stanów, a konkretniej do Texasu, San Antonio. Była to nasza wspólna decyzja, bo jednak jego praca (lekarz) jest dużo bardziej stabilna, niż moje ‘zajęcia’ i różnorakie ‘pomysły na życie’ – uczenie polskiego, organizacją imprez kulturowych, gotowanie, oprowadzanie wycieczek, tłumaczenia, gra w telenowelach, kelnerowanie, prowadzenie zajęć na uniwerku, warsztatów, itp. Itd. Nie piszę tego z ironią, wiem, że robiłam i mogę robić różne rzeczy w różnych miejscach, nigdy nie miałam stałej, konkretnej pracy, ani do takiej nie dążę. Poza tym lubię zmiany, łatwo dostosowuję się do nowych warunków i nawet emocjonował mnie ten nowy rozdział.

Początek jest trudny, bo chyba generalnie zaczynać od zera zawsze jest trudno. Przede wszystkim zdziwiło mnie to, że chyba pierwszy raz w życiu doświadczam prawdziwego szoku kulturowego. W meksykańską rzeczywistość wpasowałam się jakoś lekko i bezboleśnie, dobrze się tam czułam, nie miałam większych rozterek ani problemów egzystencjalnych; tym bardziej dziwi mnie mój opór przed ‘Ameryką’.

Po pierwsze, i to dotyczy chyba wszystkich Europejczyków, nie mogę pogodzić się z wszechobecną kulturą samochodową. Aby to zrozumieć, trzeba tu przyjechać i to poczuć. San Antonio jest typową amerykańską mega-prowincją, gdzie aby dojechać w jakiekolwiek miejsce trzeba mieć samochód. Nie ważne, że mieszka tu ponad milion ludzi, to Nie jest miasto. Dla mnie miasto to miejsce gdzie mogę wsiąść w autobus, tramwaj lub metro, gdzie na ulicy kupię gazetę, albo wyskoczę do sklepu za rogiem po mleko, którego zapomniałam kupić. Otóż San Antonio takie nie jest. Nikt nie chodzi po chodnikach, pomijając kwestię, że prawie ich nie ma; nie ma ‘zapomniałam mleka’, bo nie ma sklepu za rogiem; nie ma kiosku na ulicy; ani sprzedawców, ani w ogóle ludzi na ulicach.

Jakaś opatrzność nad nami czuwała, że zdecydowaliśmy się w końcu przyjechać z Meksyku samochodem. Gloria! Gdyby nie to, to przysięgam, że nie wyobrażam sobie pierwszych dni szukania mieszkania, załatwiania dokumentów, rejestrowania się, itd. Jak?!

Fakt, że wszystko kręci się na czterech kółkach, sprawia, że człowiek czuje się tu bardzo samotnie. Nie wiem, czy to dlatego, że przyjechałam już przesiąknięta Meksykiem, gdzie każdy z tobą zagada, zawsze jesteś w tłumie, czy to w metrze, czy to na ulicy; jesteś otoczony tabunami ludzi, z którymi wchodzisz bez przerwy w różnego rodzaje interakcje, czujesz się częścią jakiegoś kolektywu. Otóż w Stanach tak nie jest. Nie jesteś częścią niczego i nawet jak ludzie są mili (bo są), to nikt tak naprawdę nie jest tobą zainteresowany. Poza tym, generalnie trudno jest wejść w jakiekolwiek interakcje, gdy cały czas spędzasz w samochodzie, przemieszczając się z miejsca na miejsce, w konkretnym celu. Nie ma nawet jak i kiedy popatrzeć na ludzi, poobserwować ich reakcje, podglądnąć i się zadumać. Nie sądziłam, że będzie mi brakowało zatłoczonych ulic i środków transportu, na które psioczyłam w Meksyku, ale które też dawały mi inspirację i które uwielbiałam obserwować.

Z tej całej samotności (narzeczony spędza całe dnie i noce w szpitalu) zaczęłam czytać i szukać blogów innych Polaków zagranicą i powiem szczerze, że wreszcie zrozumiałam po co one powstają. Doświadczenia na emigracji, nawet gdy są to inne kraje, to często odczucia są bardzo podobne. Gdy czytam, że ktoś zmierza się z podobnymi rozterkami i pytaniami, robi się jakoś raźniej. Mogę więc śmiało powiedzieć ‘w sieci siła’, parafrazując znane porzekadło.

Piszę, bo myślę, że może gdzieś, ktoś też tak ma.

Reklamy